Azjatycki Cukier - Autobiografia



Chciałam się dzisiaj podzielić trochę myślami na temat mojej "kariery" jako osoba publiczna w ramach mediów społecznościowych. Chciałabym Wam opowiedzieć jak ta droga wyglądała dla mnie i być może naszkicować trochę, jak widzę to dalej.

W 2008 przyjechałam do Singapuru i w listopadzie rozpoczęłam pracę w agencji marketingowej, jako specjalista od marketingu w mediach społecznościowych. To były czasy, gdy idea mediów internetowych zaczynała przybierać na znaczeniu - Internet w domach stał się normą, pojawiły się pierwsze smartfony podłączone stale do sieci 3G, potaniały aparaty cyfrowe, więc więcej osób mogło brać udział w tworzeniu treści, które trafiały do sieci.

Pierwszy blog i doświadczenie w mediach społecznościowych


W ramach mojej pracy przyszło mi więc przyglądać się blogom i wykluwającym się gwiazdom Internetu. By lepiej móc prezentować w pracy pomysły związane z mediami społecznościowymi, miałam konto chyba na każdej platformie: od Friendstera po Twitter. Dużo w tym czasie mówiono o wzrastającym znaczeniu blogów, więc i ja założyłam swój pierwszy anglojęzyczny blog (już niestety nie istnieje).

Mój anglojęzyczny blog był dość mało innowacyjny - pisałam głównie o zakupach kosmetycznych i ciuchowych, nawet kupiłam aparat cyfrowy i próbowałam sobie robić nim zdjęcia. Aż ciężko się nie uśmiechnąć na wspomnienia "starych czasów", gdy aparaty nie miały ekranów, które można było wywinąć do przodu, tylko robiło się "selfki" na ślepo, licząc, że coś z tego wyjdzie ;).

Mimo kiepskiej jakości bloga, szybko został podchwycony przez lokalne agencje, wygłodniałe możliwości promowania produktów swoich klientów. Moje doświadczenia ze sponsorowanymi produktami były... tragiczne. Nie umiałam się dogadać ze sponsorami, nigdy nie byłam zadowolona z oferowanych produktów i ogólnie w efekcie tego chandryczenia się, szybko doszłam do wniosku, że nie chcę robić sposnoringów. Nigdy.

Pisanie anglojęzycznego bloga było jednak mało satysfakcjonujące. Moje zainteresowania nie bardzo pokrywały się z zainteresowaniami Singapurek. Wszystko, co dla nich było codziennością i "oczywistą oczywistością", dla mnie było fascynujące. Odkrycie "circle lens", czy upolowanie podkładu w jasnym kolorze, sprawiało mi ogrom radości i chciałam się tym z kimś podzielić. Ale mój blog przyciągał zamiast innych kobiet... lokalnych mężczyzn, zafascynowanych moją "egzotycznością", którzy, choć zawsze mieli dla mnie sporo komplementów, nie mieli nic ciekawego do powiedzenia w temacie mojego bloga.

Blog "Azjatycki Cukier"


W początkowych latach, by w ogóle było nas stać na wynajem, wynajmowaliśmy mieszkanie na peryferiach. Codziennie sporo czasu upływało mi w transporcie, dopiero budowaliśmy swoją siatkę społeczną. Zaczęło mi brakować kontaktu. Takiego zwykłego, błahego gadania. Nawet o kosmetykach, fryzurach i takich tam... Chciałam komuś opowiedzieć o moich odkryciach, jak choćby "circle lens" czy wielgachnych, doklejanych rzęsach i pomysłach z kolorowych gazet. Tak w maju 2010 powstał blog Azjatycki Cukier.

Ponieważ wtedy jeszcze nie było takiego nacisku, by się nie promować samemu na forach, umieściłam link do bloga w moim profilu na forum wizaz.pl i po około miesiącu, blog zaczął zyskiwać publiczność. W czerwcu wrzuciłam kilka filmów na YT, które spotkały się ze sporą aprobatą.
Pierwszy filmik

Te pierwsze miesiące wspominam jako dość... dziwne. Jako dziewczyna mieszkająca w Polsce, uchodziłam za "szaraczka", nic szczególnego, ot dziewczyna, jak tysiące innych. Komplementy prawione przez mężczyzn w Azji są zawsze tylko z fascynacji moją relatywną egzotycznością. Jednak od pierwszego dnia na YT, 90% komentarzy jakie dostawałam zawsze było komplementami. Dla kogoś, kto nigdy nie myślał o sobie w tych kategoriach, było to dziwnym doświadczeniem.

Praca w korporacji

W listopadzie 2010 rozpoczęłam zatrudnienie w nowym miejscu. Nowa pozycja w bardzo dynamicznej firmie i kontynuacja wynajmu na peryferiach dość uszczupliły ilość czasu, jaki mogłam przeznaczyć na moją działalność, ale w 2011 roku, zarówno kanał i blog kontynuowały swój wzrost. Za namową publiczności, mówiłam trochę więcej o życiu w Singapurze, pokazywałam przepisy na ciasta oraz kontynuowałam wątek kosmetyczny.

W listopadzie 2011 roku na kanale pojawił się pierwszy vlog... i spotkał się z bardzo.. ekhem... słabym przyjęciem xD. Tak, jestem miałczliwą, egzaltowaną osobą, która zachowuje się "dziwnie" i którą bawią błahe rzeczy. Choć już wcześniej kilka osób zwracało uwagę na mój wysoki głos, chyba nikt się nie spodziewał, że na co dzień jest tak wysoki.

Pierwszy "vlog"
Mimo wszystko, dobrze wspominam te czasy. Praca w korporacji wiele ode mnie wymagała, zwłaszcza pod kątem kreatywnym, więc blog był doskonałą odskocznią od działalności zawodowej.

W kwietniu 2011 roku, firma przeniosła się na peryferia, rozpoczynając jeden z trudniejszych okresów w moim życiu. Przez nietrafną konfigurację tras transportowych, dziennie zdarzało mi się spędzać ponad 2,5-3 godzin w komunikacji miejskiej. Nagle nawet tak proste sprawy, jak wyjścia na siłownie czy zakupy, stały się małymi wyprawami. Nie mogłam spotkać się na lunch lub kolację ze znajomymi, którzy wszyscy pracowali w centrum.

Mam zasadę, której przestrzegam bezwzględnie - nie koleguję się z osobami w pracy. Nie chcę brać udziału w ploteczkach i wewnętrznych zagrywkach. Nie obchodzi mnie kto kogo lubi i kto co myśli o tej, czy innej osobie, jej sukience czy zachowaniu. Mnie interesuje tylko, czy działamy jako zespół i praca idzie do przodu. Mogę być z kimś blisko tylko jeśli nie ma między nami żadnej zależności zawodowej.

W związku z tym, przez cały ten czas działalność na blogu i kanale YT oferowała mi sporo pozytywnych odczuć. Obojętnie jak izolująca była nowa sytuacja, zawsze miałam moje internetowe siostry, przyjaciółki i znajome, które oferowały wsparcie, swój humor, interesujące uwagi. Zawsze coś się działo, zawsze były jakieś pytania, pomysły, czasami kłótnie i kontrowersje - ale mimo wszystko, te rzeczy były czymś, co wzbogacało moje życie.

Skoro praca w tej firmie była tak przygnębiająca, czemu nie odeszłam? Dałam się skusić wizją sukcesu. Radziłam sobie naprawdę dobrze, więc head hunterzy zaczęli zapraszać mnie na rozmowy.
Gdy zatrudniająca mnie wtedy firma zorientowała co się dzieje, zaproponowali awans na szczebel menadżera regionalnego i podwojenie pensji. Skusiłam się i zostałam, na dobre wchodząc w jeden z najgorszych okresów w moim życiu.

Radzenie sobie dobrze zawodowo nigdy nie wynagrodzi wszystkiego innego. Pod wszystkimi względami "osiągnęłam sukces", jednak ten sukces nie był tym, czego oczekiwałam. Nagle przyszło mi pracować bezpośrednio z samym CEO, który walił tekstami w stylu "musisz być gotowa umrzeć dla firmy", po czym pakował się do swojego Jaguara i jechał na lotnisko, by wyruszyć na 3 tygodniowe wakacji na luksusowej wyspie ze swoją dziewczyną. Ja zostawałam w tyle, marnując czas na transport i czując, jakby życie się zatrzymało w miejscu.

Rozwój kanału YT i poszerzenie tematyki

 

W 2012 roku ośmielona zachętami widowni, zaczęłam drążyć głębiej tematy związane z życiem w Singapurze, starając się wprowadzać treści bardziej personalne. Nikt nie jest w stanie przygotować Was na to, co się dzieje, gdy stajecie się "osobami publicznymi". Nie ukrywam, że miało to swoje zalety - kontakt z innymi, na którym tak mi zależało u początków mojej twórczości, osiągnął bardzo satysfakcjonujący poziom. Im więcej pozwalałam siebie poznać, tym więcej szczerości i otwartości widownia oferowała w zamian. Jednym z przełomowych momentów kanału, było gdy nagrałam filmik "5 faktów o mnie", w którym mówiłam między innymi o problemach z pisaniem zgodnie z zasadami ortografii.

Przyznanie się do słabości i wad z jednej strony pozwala zbliżyć się do innych, ale... Każdy z nas ma swoje wady i zalety, rzeczy z których jest dumny i te mniej chwalebne. Gdy z całego zestawu personalnych niuansów i doświadczeń, wybieramy tylko kilka i nagłaśniamy je, analizujemy, przyglądamy się im, łatwo zgubić perspektywę i założyć, że życie innej osoby składa się tylko z tych elementów. Poznajemy się bliżej, ale oddalamy się jednocześnie.

Kontakt, który wykształcił się na fali tej otwartości, choć cenny i odżywczy, potrafi się stać zbyt intensywny. Im więcej informacji zostaje wymienionych, tym trudniej utrzymać je w całości. Kawałki wykruszają się, przeinaczają, gubią gdzieś w natłoku informacji i naturalnych ograniczeniach komunikacji. Zaczęłam nagminnie obserwować pod moimi filmikami dziwne tango - co bardziej ciekawskie (wścibskie?) osoby z publiczności, by "wymusić" na mnie zeznania z nawet najbardziej intymnych sfer mojego życia, pisały prowokujące oskarżenia. Na przykład osoba, chcąca wymusić szczegółowe informacje o tym, skąd mieliśmy pieniądze na bilety lotnicze do Singapuru, pisała "Rodzice zasponsorowali Ci wyjazd!", oczekując, że sprostowując tą błędną wypowiedź, wyjawię szczegóły, skąd i ile mieliśmy pieniędzy na wyjazd. Jeśli nie sprostowałam, ani nie usunęłam tego typu "zaczepek", po kilku miesiącach, trafiały do mnie komentarze "gdzieś czytałam, że rodzice zasponsorowali Ci wyjazd, nie pamiętam gdzie, ale gdzieś na Twoim blogu....", pisane przez osoby, które szczerze nie wyłapały, że ta informacja była tylko prowokacją i nie pochodziła ode mnie.

O ile wcześniej miałam wrażenie, że zbliżam się do mojej publiczności, z czasem sprawy przybrały inny kierunek. Coraz więcej rozmów stawało się mozolną walką o bycie zrozumianym. Mimo wszystko, balans pozytywów znacznie przewyższał ilość negatywów.

Pierwszy, wielki błąd


W 2012 roku wypuściłam dwa filmy, które przypieczętowały wzrost mojego kanału.

Pierwszy to "transformacja w żywą lalkę". W 2012 roku coraz więcej blogerek makijażowych było dostrzeganych przez publikę i w reakcji pojawiło się sporo krytyki makijażu jako takiego. Makijaż fe, makijaż zły, tapeta, szpachla, itd. Mój filmik był odpowiedzią na to i pokazywał ciężki, dziwaczny i teatralny makijaż. Była to też moja odpowiedz na post w ramach portalu Demotywatory.pl, który używał mojego zdjęcia z dopiskiem "Zamiast obrażać plastiki, chwal naturę". Nie, dziękuję za takie sztuczne stawianie mnie na wyimaginowanym piedestale naturalności, która z mojej perspektywy nie jest w żaden sposób "lepsza".

Doza kontrowersji w erze dyskusji na temat makijażu, przyciągnęła nie tylko fanów makijażu, ale też fanów krytykowania makijażu. Po tym filmiku, paradoksalnie, kanał zaczynał zyskiwać na widoczności poza swoją "urodową" niszą. Wtedy wydawało mi się to dobrym pomysłem, bo przyspieszyło wzrost kanału. Naiwnie wierzyłam, że jeśli przybywa mi widzów, znaczy, że to co tworzę, musi być dobre.

Drugi filmik, który ostatecznie stał się najczęściej oglądanym filmikiem na moim kanale (ponad 700 000 wyświetleń), to film o prostowaniu zębów wkładkami Invisalign. Ten filmik był swego rodzaju momentem zwrotnym dla mojej twórczości. Przyciągnął do kanału publikę niezainteresowaną fryzurami czy kremami BB. Kwestie uzębienia to temat, który cieszy się naprawdę ogromną popularnością.


Przybyło mi subskrypcji i nowych widzów. Każdy film urodowy, jaki wypuszczałam, nie prowadził już jednak do konwersacji - był powoli zalewany prośbami o więcej filmów o Singapurze i emigracji. Praktycznie 40% wszelkich pytań, jakie dostawałam, było o sprawy emigracyjne (reszta była rozbita pomiędzy różne tematy). Im więcej odpowiadałam na pytania o wyjazd i życie w Singapurze, tym bardziej naturalnie kanał zaczął więc skręcać w stronę tej tematyki. I to był błąd.

2013 - przejście w stronę bloga o emigracji i życiu na emigracji

 

W 2013 roku wypuściłam serię wysoce wypraszanych vlogów oraz całą serię filmików w temacie emigracji. Co może nie było widoczne dla mojej widowni to to, jak kiepsko owe vlogi radziły sobie jako filmy. Vlogi z "życia w Singapurze" mają śmiesznie niskie współczynniki oglądalności (procent widowni, który wyłączał filmik po określonym czasie) - mało kto jest w stanie strawić więcej jak 30 sekund patrzenia na obce mu miasto czy nieznane potrawy. Konwersacje właściwie wymarły pod tymi filmikami i było dla mnie bardzo odczuwalne, jak nieatrakcyjny jest naprawdę tego typu materiał. Każdy chętnie chwali takie tematy, ale mało kto ma ochotę je konsumować.

Filmy bardziej informacyjne też nie zadowalały, zwłaszcza części publiki, która w dużej mierze, pod przykrywką zainteresowania podróżniczego, szukała recepty na gwarantowaną pracę. Jakąkolwiek pracę. I mimo wszelkich ograniczeń formalnych, dla zdesperowanych i zmęczonych bezrobociem w Polsce, wizja wyjazdu do kraju, gdzie ktoś inny "osiągnął sukces" wydawała się bardziej prawdopodobnym scenariuszem, niż znalezienie czegoś we własnym kraju. Im więcej próbowałam rozwiać tą iluzję, tym więcej przyciągałam osób, które nie chciały tego słyszeć.


O pracę jest wszędzie trudno; a jeśli jest się obcokrajowcem, jest jeszcze trudniej. Tyle osób desperacko chciałoby usłyszeć, że wystarczy skończyć takie i takie studia, i można spakować walizkę, i zacząć pracę w innym kraju, zostawiając za sobą szarzyznę ojczyzny i wyzwania na trudnym rynku pracy... Niestety, to nie tak działa.

Pierwsza połowa 2013 upłynęła więc w dziwnym impasie, gdzie nikt nie był do końca usatysfakcjonowany. Szukający "recepty na sukces" byli rozżaleni, inni nie do końca nie wchodził w interakcje z tym, co tworzyłam, zaś moja oryginalna grupa widzów, która dołączyła do mnie ze względu na zainteresowanie fryzurami i ciekawymi kosmetykami, dostawała w swoim feed'zie YTowym filmy z całkiem innej dziedziny. Choć kanał zyskiwał subskrypcje, mój kontakt z widzami tracił na jakości.

Zmiana kierunku: więcej sensacji i rozrywki

 

Dopadała mnie swego rodzaju frustracja. Ciągnęłam temat emigracji, bo wydawało mi się, że kogoś to uszczęśliwi i patrząc po komentarzach, i zalewających mnie mailach w tym temacie, można było dojść do takiego wniosku. Ale obie strony były nieusatysfakcjonowane. Brakowało mi czegoś, co przywróciłoby ten element oryginalnej fascynacji, która napędzała wcześniejsze lata mojej aktywności. Zaczęły się więc filmiki o PopinCookin', dziwnych produktach urodowych, drobnych DIY (wianki, czapka), filmy o ubiorze...


Koło października 2013 jednak coś się złamało pomiędzy mną i widownią. Kanał obrastał w siłę, przyciągając osoby o różnych zainteresowaniach - fryzury, makijaże, emigracja, podróże, prostowanie zębów, DIY... Obojętnie jaki filmik wgrałam, nie wywoływał on konwersacji, tylko litanię życzeń, bym nagrała filmik o czymś innym. Nie było już tej radości, błahości i lekkoduszności między nami... Niczym dwoje znajomych, którzy zamknięci razem w pokoju, wyczerpali ilość tematów do rozmów i sfrustrowani ciągle liczą, że z następnym zdaniem jakie wymienią, pojawi się coś ciekawego...

Pierwsza przerwa i restart 2014

 

Od października 2013 do stycznia 2014 po raz pierwszy na kanale zapanowała pustka. Bardzo pochłaniało mnie pisanie serii "100 sekretów" oraz zajęci byliśmy przeprowadzką do bardziej centralnej dzielnicy, co częściowo przyczyniło się do braku czasu na tworzenie treści na kanał YT. Choć ostatecznie przez serię "100 sekretów" w całości przedarła się jedynie mała grupa czytelników, pisanie jej było dla mnie bardzo satysfakcjonujące. Choć kanał YT stracił już na tamtą chwilę swój urodowy charakter, moje zainteresowanie tematem pielęgnacji wzrastało. Im więcej wiem o kosmetykach, składnikach i teorii pielęgnacji, tym bardziej temat mnie fascynuje.

W styczniu 2014 powróciłam do nagrywania, ale postawiłam na tematy kosmetyczne. Po raz pierwszy odważyłam się robić makijaże przeznaczone do noszenia na co dzień, mimo, że sama mam ogromne zastrzeżenia co do moich zdolności jako makijażysta. Ale kreatywne wyzwanie, jakim było interpretowanie trendów makijażowych, sprawiało mi sporo frajdy. Przedstawiałam też intrygujące mnie gadżety do pielęgnacji i przyznam, że te miesiące twórczości wspominam dość dobrze. Miałam wrażenie, że udaje mi się znaleźć ponownie tą magię kontaktu z innymi, którzy dobrze bawili się śledząc moje poczynania.

Drugi, wielki błąd...

 

Zanim przejdę dalej, by opisać co się stało w lutym 2014, musimy się cofnąć kilka miesięcy. Rok 2013 roku był też przełomowy dla mnie pod kątem personalnym. Po zmianach pracy i sporej dozie przemyśleń na temat tego, co właściwie chcę robić w życiu i czy kariera w korporacji naprawdę wynagradza poświęcenia, których wymaga, udało mi się podjąć nową ścieżkę karierową. Może... doszłam do wniosku, że nie mam jednak ochoty umierać za czyjąś firmę. Zmieniliśmy też mieszkanie na dużo przyjaźniej ulokowane, co znacznie zredukowało ilość czasu, jaką dziennie spędzałam w podróży.

Te pozytywne zmiany odbiły się na moim życiu. Mniej czasu spędzałam w pociągach i autobusach, więc i więcej czasu miałam dla siebie. Zaczęłam codziennie spacerować, zmieniłam sporo nawyków, zrezygnowałam z siłowni i ćwiczeń, "zdrowego odżywiania" oraz poczyniłam pierwsze kroki w kierunku diety roślinnej.

Ciężar poprzednich, trudnych lat zaczął spadać z moich ramion, jak i .. tyłka ;).  Choć moja waga waha się i co roku albo tyję, albo chudnę, ta zmiana wydawała mi się jakaś.. inna. Zgubiłam parę kilko w czasie, kiedy życie zaczęło się układać i wiele innych, dobrych rzeczy działo się dookoła. Wśród filmików o gąbkach do twarzy i klipsach na nos, wypuściłam drugie wideo, które uznaję, za jeden gigantyczny błąd.

Filmik o prostowaniu zębów przyciągnął do mojego kanału osoby nie podzielające moich zainteresowań - na kanale zrobił się szum komunikacyjny, z którego nie wynikło nic dobrego. Jednak filmik o odchudzaniu, był prawdziwy gwoździem w trumnie.

Odchudzanie to bardzo, bardzo, bardzo mroczny temat. O ile z zębami większość osób bez problemu przyzna, że nie miałoby nic przeciw posiadaniu prostych i białych, o tyle z odchudzaniem mamy o wiele bardziej zawiłą i bardzo ponurą relację. Temat tracenia wagi fascynuje nas i przeraża, pociąga i odraża za razem.



Najgorsze było jednak dostać informację zwrotną, że w pewnym sensie, nie tyle chudość jest oczekiwana, co pewna dyscyplina. Nie ważna waga i jak wyglądasz, ale ważne, że "o siebie dbasz". Musisz mieć jakieś zasady, musisz sobie czegoś odmawiać, musisz się kontrolować

Mój film o chudnięciu bez wyrzeczeń i motywacji był najwyższej rangi bluźnierstwem. Był zaprzeczeniem tego, czego oczekujemy od kobiet: umiejętności samokontroli. Wagę traktujemy w odniesieniu do kobiet, jako wyznacznik, ile kontroli ma ona nad sobą i swoim życiem. Ćwiczenia, zasady, rutyny - ciągłe gadki o motywacji, wszędobylskie hasełka motywacyjne, kult "dbania o siebie" i wyrzeczeń, to coś naturalnego i bezrefleksyjnie akceptowanego. Skoro nie praktykuję samokontroli, tylko sięgam po to ciastko, kiedy mam ochotę, to kim jestem jako kobieta? Czy pozwalam sobie tak ze.... wszystkim? (pozostawię niedopowiedziane, co kryje się pod "wszystkim")

Ten filmik zaczął gromadzić wokół mnie negatywną energię, na którą nie byłam przygotowana. Choć w filmiku wprost mówiłam, że nie poświęcam sprawom jedzenia i ćwiczeń zbyt dużo uwagi, dostawałam maile z pytaniami, o najdrobniejsze szczegóły mojego życia - "co jeśli nie jesteś głodna w porze posiłku?". Chyba oczywiste, że nikt nie będzie jadł na siłę... okazało się jednak (ku mojemu przerażeniu), że dla wielu osób, to nie jest takie oczywiste. To tylko jeden z wielu przykładów tego, z czym przyszło mi się zmagać po publikacji tego filmiku...

Lata twórczości, sensacji i nieporozumień, zaczęły się kumulować wokół mnie i mojej twórczości. Ten kontakt i radość, które towarzyszyły mi przez lata tworzenia, zaczęły być wypychane przez różne żale i obustronne rozczarowanie. Coś przestało działać. Wtedy jeszcze nie widziałam co...

Do trzech razy sztuka....


W kwietniu 2015 wybrałam się na wakacje z rodziną. Pojechaliśmy na wyspę, gdzie 3 lata wcześniej ja i Sławek, we dwoje, świętowaliśmy początek zmian na lepsze w naszym życiu. Efektem tych transformacji była opisywana przeze mnie powyżej utrata wagi i pozytywny rok 2013. Gdy byłam na tej wyspie po raz pierwszy w 2012 roku, pamiętam, że czułam się jak pączek. Mimo regularnych ćwiczeń i bardzo "zdrowej" diety, miałam wrażenie, że jestem zapuchnięta, ociężała...

2013 był pierwszym krokiem w stronę diety roślinnej, ale w sierpniu 2014 przestawiłam się kompletnie na wegetarianizm z okazjonalnymi owocami morza (krewetki i te sprawy). Mimo, że przestałam chodzić na siłownię i ćwiczyć, po raz pierwszy czułam się sprawna i moje ciało wyglądało atletycznie. Choć moja waga była może nawet ciut wyższa, niż z czasów mojego pierwszego filmiku o odchudzaniu, wyglądałam bardzo szczupło, tak jakby ktoś spuścił nadmiar wody spod mojej skóry.

Nie wiem co mnie podkusiło, aby opublikować zdjęcie porównujące jak wyglądałam w 2012 i wtedy. Może odrobina próżności? Może widziałam w tych zdjęciach inną transformację - z osoby, która zarzynała innych w korporacji (wybacz K, nie było innego wyjścia, strasznie mi zawadzałeś ;p), do osoby, która znalazła szczęście na swoich własnych warunkach. Wraz z tamtym ciałem, zostawiłam za sobą życie, w którym chciałam robić wszystko idealnie - chciałam awansów w pracy, ciała z siłowni, zdrowej diety pełnej brązowego ryżu, chudej piersi kurczaka i kupy zieleniny. W 2015 wiele rzeczy się dla mnie zmieniło, znalazłam swój głos i swoją drogę. Nie ważne było jak wyglądam, ważne było, że po raz pierwszy czułam się zdrowo. Nawet jeśli doszłam do tego zdrowia bardzo niekonwencjonalną ścieżką.

Jednak zdjęcie zostało odebrane jako kolejne bluźnierstwo. Może i moje ciało opowiadało pewną historię, jednak nie była to atrakcyjna historia. Moja widownia tak głęboko przeżywała jak wyglądam, że jakoś z tego "przeżywania" czułam się... usunięta. Nie ważne było, co ja mam do powiedzenia, czy co prezentuję, z czego jestem zadowolona. Nagle moje ciało stanęło w środku uwagi. Stałam się rzeczą. Obiektem intensywnego przeżywania. Ja i moje przyjaciółki, moje wirtualne siostry, moje internetowe znajome, które przez lata były ze mną, dorastały ze mną, walczyły u mojego boku, które wspierały mnie w trudnych chwilach, rozbawiały, gdy było mi smutno, uczyły się na moich błędach i zapraszały mnie do swojego życia... rozpadłyśmy się na dwa światy.

Załamanie...


Ostatni filmik wgrałam w 2014 roku i jakoś nie umiałam powrócić do nagrywania. Najpierw emocjonalny ciężar po opublikowaniu filmiku o moich starciach z systemem opieki medycznej w Polsce coś przeważył, a potem wspomniana afera ze zdjęciem z wakacji przypieczętowała sprawę... Obojętnie co chciałam nagrać, co chciałam przekazać, miałam wrażenie, że nikt nie jest tym zainteresowany. Czułam, że cała uwaga nagle przesunęła się na mnie. Kim jestem? Czy jestem autystyczną anorektyczką? Oportunistką, która dorobiła się kariery na barkach swego męża? Kłamczuchą, która oszukuje publiczność?

A może po prostu zwykłą, nudną dziewczyną z małego miasta, której los sprezentował więcej, niż innym? Może nie ma we mnie nic aż tak fascynującego czy szczególnego, bym mogła kogoś nauczyć tego, jak "odnieść sukces". Może moje hobby są powierzchowne i mało ambitne, może moje życie o wiele zbyt nudne, by stało się treścią vlogów. Mój gust mało wyrafinowany.

Nie trzeba mi tego tłumaczyć. Doskonale zdaję sprawę ze swojej "zwykłości" i nie mam wątpliwości, że wiele z tego, co mi się w życiu "udało", jest kwestią zbiegów okoliczności. Jedyne, co mogę sobie przyznać jako atut to to, że  kiedy trafiają się okazje.. chwytam się ich. Nie stoję w kącie i czekam, aż los mnie mianuje. Podejmuję ryzykowne decyzje i często płacę za nie cenę.

Gdy jesteście twórcą na YT, stajecie przed dziwnym wyzwaniem: widownia domaga się i pragnie autentyczności. Ale jeśli nie spełniacie oczekiwanego standardu: nie pocicie się na dywanie z Ewą Ch., nie czytacie Murakamiego i nie porcjujecie starannie czekolady, robiąc zdjęcia na insta zielonego koktajlu, nie zachodzicie w ciążę... oj, wtedy wasza "autentyczność" będzie ciągle kwestionowana, rozwiercana na części, przekręcana.

Ja pozwoliłam poznać się właśnie jako osoba, którą jestem. A nie jestem nikim szczególnym i mam wrażenie, że z czasem, bardzo rozczarowało to wielu z moich widzów.

W moich starych filmikach widziałam coraz wyraźniej wszystkie błędy, zwichnięcia i negatywną energię, którą z czasem one skumulowały.  Nie byłam zadowolona ani z tego, co reprezentowały, ani gdzie mnie zaprowadziły. Drażniła mnie sama ich egzystencja, więc je usunęłam, licząc, że choć trochę złagodzi to ból utraty czegoś, co było dla mnie tak ważne...

2016 i "CUKIER"

 

Mimo tych trudności, jedno się nie zmienia: dalej cienię sobie kontakt z moimi widzami. Z perspektywy czasu, moje błędy w rozwijaniu kanału YT stały się dla mnie bardziej widoczne. Każdy, kto tworzy na YT, blogach czy w innej formie, chce nawiązać kontakt z jak największą ilością osób, które współdzielą zainteresowania i pasje, z którymi mogą się wymienić czymś interesującym. Jednak rozwijając mój internetowy kącik, zbyt często sięgałam po tematy, które przyciągały widownie, z która niewiele mnie łączyło.

Wiele hobby, które przedstawiałam, mnie samą przestało interesować na przestrzeni lat. Kiedyś bawił mnie każdy dziwny gadżet do pielęgnacji, a teraz wolę się wczytywać w prace naukowe na temat składników kosmetycznych. Kto wie, jak będzie to wyglądać za rok...

Mimo wszystko, brakowało mi tego kontaktu między nami, magii tworzenia i dzielenia się swoimi pomysłami. W marcu założyłam więc nowy kanał, licząc, że jeśli trafią tam tylko osoby zainteresowane mną, nie dietami czy emigracją, uda się odtworzyć klimat pozytywnej komunikacji.

Porażka

Zanim otworzyłam kanał "Cukier" w marcu 2016, postanowiłam zapisać się do akcji Hair For Hope. To organizowana co roku w Singapurze akcja charytatywna, gdzie tysiące ochotników goli głowy na scenie - takie szokujące "show" przyciąga uwagę mediów i publiki, więc i sponsorzy chętnie się przyłączają. Zbiera się pieniądze, organizuje rożne akcje związane z promocją wiedzy na temat raka u dzieci i działalności fundacji.

Szczerze mówiąc, nie myślałam zbyt wiele na temat samej akcji, gdy się zapisywałam. Przez lata wiedziałam o niej i pewnego razu doszłam po prostu do wniosku, że mogę zrobić coś więcej, niż tylko dać pieniężny datek. Mam luźną relację z moimi włosami (do stopnia, że latami nie chodzę do fryzjera) i wydawało mi się, że warto je "poświęcić" w takiej akcji, ponieważ wiem, że włosy są u kobiet uważane za "cenne". Więc jeśli ja mogę się z nimi rozstać relatywnie bez problemu, a przyczyni się to do czegoś dobrego, to czemu by nie spróbować?

Gdy termin golenia się zbliżał, zaczęło do mnie docierać, jak ciężko będzie połączyć chęć wzięcia udziału w akcji wraz z działalnością na nowym kanale. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale bałam się, że po akcji zostanę zalana linkami do zbiórek na każdą hipotetyczną Kasię i Tomeczka z rakiem, bo skoro pomagam dzieciom na raka w Singapurze, to czemu nie tym z Polski? Nie raz dostawałam linki do taki zbiórek i zawsze odmawiałam promowania ich - bo jeśli zgodzę się na jeden, to nie fair byłoby odmówić wszystkim innym. By być uczciwym, musiałabym zamienić wszystkie moje media społecznościowe w jedną wielka tablicę ogłoszeń charytatywnych.

Jednak wszystko potoczyło się w kierunku, którego nie przewidziałam. Choć widzowie ogólnie dobrze odebrali akcję, filmik został zalany pytaniami o peruki. Od 8 lat nie mieszkam w Polsce i nie zdawałam sobie sprawy, że w ojczyźnie pomaganie osobom chorym na raka widzi się głównie (jeśli nie jedynie?) przez pryzmat peruk. Było (i jest) to dla mnie podejściem dziwnym i trudnym do zaakceptowania, bo rak to nie to samo co alopecja. Nie każdy traci włosy w ramach procesu leczenia, nie każdy automatycznie potrzebuje, czy chce uzyskać od innych perukę. Bardzo bolało mnie, gdy akcja w której brałam udział, była oceniana, jako "bezsensowna", tylko dlatego, że zamiast na perukach, skupiała się na zbieraniu funduszy. Jak tonący brzytwy, chwyciłam się linii obrony, że nie każdy chory na raka chce mieć perukę i nie ma w tym nic nienormalnego. Widownia odebrała to jako zobowiązanie, że teraz stanę się "ambasadorem łysej głowy" - tak mnie dosłownie mianowała jedna z widzek. Mimo, że w filmiku podkreślałam, że nie mam zamiaru podporządkowywać mojego życia czy twórczości konkretnej akcji, zostałam nagle "mianowana" do takowych działań.

Po raz kolejny przestałam być osobą, a stałam się "czymś" - ogoloną głową tym razem. Moja widownia chciała sobie na nią popatrzeć, poprzerywać patos (bathos w tym wypadku?) "promowania łysej głowy", postawić moje wygolone włosy na wyimaginowanym piedestale i poczuć się, że poprzez oglądanie moich filmów pomagają jakoś osobom po chemioterapi. Problem w tym, że nie ma czegoś takiego, jak "promowanie łysej głowy" i wystarczy się chwilę zastanwoić, by bez problemy zrozumieć czemu. Dookoła nas nie brakuje osób bez włosów - byle wyłysiały dziadek na ulicy nie jest "ambasadorem łysej głowy", wspierającym dzieci po chemioterapii. Tak samo jak każdy skinhead, Mathew Santoro czy inna osoba (erm, pamiętacie jak Britney ogoliła sobie głowę?), która z jakiś powodów ma ogoloną lub łysą głowę nie ułatwia życia osobom po chemioterapii.

Tyle osób pisze o scenariuszach, gdzie było świadkami okrucieństwa społeczeństwa wobec osób bez włosów. Przepraszam bardzo, ale co robił ów świadek? Stał z boku jak owca? Trzeba było ochrzanić napastników, nie czekać, aż jakaś Basia na YouTubie zbawi świat :|.

Po tylu lekcjach, które nauczył mnie YT, jak to możliwe, że po raz kolejny zastawiłam na siebie pułapkę? Nie wiem. Nie wiem, na co liczyłam.

Co dalej?


Szczerze mówiąc, czuję się zagubiona. Jak iść dalej, po tylu błędach i porażkach? Jak tworzyć, gdy każdy temat wydaje mi się potencjalną miną bombową. Podzielić się strojem? Co jeśli skończy się analizowaniem mojej wagi? Pokazać swój dzień? Nie chcę zdradzić przez przypadek gdzie pracuję i znowu dostawać pogróżki, co to moi współpracownicy dostaną w mailu na mój temat, czy tłumaczyć się przed znajomymi, dlaczego osoby z Polski próbują dodawać ich jako znajomych na Facebooku. Opowiedzieć o czymś? I znowu znosić kanapowe psychoanalizy internetowych specjalistów, gotowych wypatrzeć u mnie przekrój schorzeń psychologicznych, tylko dlatego, że nie kreuję różowej wizji idealnego życia? Pokazać się z krótkimi włosami i patrzeć, jak widownia zakręca się w spiralę nielogicznego myślenia, że ogolona głowa coś lub kogoś "uzdrowi"?

Brakuje mi tego kontaktu, który miałyśmy (mieliśmy) - kontaktu nie najeżonego czyhaniem na okazję, by walnąć "bo Ty jesteś taka..." i wylewania żalów; kontaktu, który nie napawa mnie snuciem najczarniejszych scenariuszy. Mój własny lęk przed kolejną burzą internetową powstrzymuje mnie przed tworzeniem w sposób otwarty i szczery, ale bez tego nie mogę liczyć na otwartość i szczerość widowni.

Chcę by kanał "Azjatycki Cukier" wrócił do swoich korzeni - przedstawiania moich urodowych fascynacji, które teraz objawiają się głównie analizowaniem składników przez pryzmat badań klinicznych i rozpracowywania ich mechaniki. Jeśli chodzi o same filmiki, muszą one jednak trochę poczekać, bo nie mam wątpliwości, że moja obecna sytuacja włosowa przyćmiłaby cokolwiek, co chciałabym powiedzieć.

Jestem też bardzo podekscytowana faktem, że moje czytelniczki dobrze oceniają długie wpisy tutaj na blogu - niby żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być krótkie i zwięzłe, a jednak widać, że jak ktoś jest zainteresowanych tematem, potrafi docenić głębszą jego eksplorację. Mam w planach wiele wpisów, które będą bardzo szczegółowe i mam nadzieję, że się Wam spodobają :).

Ale sprawa tworzenia nieurodowych treści pozostaje otwarta. Obiecałam sobie, że do listopada chcę to wszystko przemyśleć. Nie chcę, by CUKIER był pełen klipów o niczym, bo brak mi odwagi przedstawić cokolwiek. Chciałam się podzielić tą historią tutaj, bo chciałam móc spojrzeć na te wydarzenia i umieć wyciągnąć z nich wnioski. Nie ukrywam, że liczę na Wasz odzew i uwagi.

Może z Waszą pomocą uda mi się to jakoś wymyślić.

PS. Dziękuję wszystkim za komentarze, ale chciałabym zwrócić uwagę, że w mojej narracji jest bardzo mało odniesień do negatywnych komentarzy kierowanych do mnie - głównym problemem jest jak negatywność małej części widowni, wpływa na innych widzów i ich kontakt ze mną. Osoby o neutralnym i pozytywnym nastawieniu bardzo łatwo bywają wciągnięte w dramat, którego są początkowo jedynie świadkami. Dla mnie głównym problemem jest nieradzenie sobie z faktem, że często moja własna twórczość i wynikający z niej kontakt, schodzą na drugi plan, gdy górę biorą emocje, sensacja i próba walki o bycie zrozumianym. Jak twórca mam ten przywilej, że dostaję mnóstwo wsparcia, jak i narzędzi, do radzenia sobie z atakami kierowanymi bezpośrednio na mnie. Ale mało kto nawet chce zauważyć, że cała widownia (jak długo wchodzi w interakcje wykraczające poza jedynie oglądanie czy czytanie) doświadcza negatywności i jej konsekwencji. Jak to mawiał Nietzsche: "Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie."

Wierzę, że problem byłby mniejszy, gdybym nie rozrastała kanału poruszając tak szeroki wachlarz tematów, przyciągając widzów, którzy potem nie byli zainteresowani połową moich tworów. Takie środowisko idealnie kusi, by dać się wciągnąć w bardziej ponure dyskusje, lub szukać sposobu na urozmaicenie sobie nudnego materiału jakąś sensacją. Fakt, że ja sama często tworzyłam treści, bardziej z myślą o uszczęśliwieniu kogoś (niż mnie samej), nie pomagał.


P.S. Jeśli ktoś przeczytał całość, to gratuluję... ponad 4700 słów xD To jak 10% książki...

Czy istnieje "azjatycka pielęgnacja"? Nie, ale...


Może to trochę dziwne pytanie, zwłaszcza po tylu latach pisania o "pielęgnacji azjatyckiej", "pielęgnacji Azjatek"... Przyznam, że zawsze byłam świadoma, że używam ogromnego skrótu myślowego, powołując się na te terminy. Sam termin "Azja" jest bardzo rozległy i niedookreślony, bo i nasza definicja kontynentów jest bardzo arbitralna. Zawsze zakładałam, że razem z czytelnikami domyślnie zgadzamy się, że pisząc o "pielęgnacji azjatyckiej", mówimy głównie o Korei, Japonii, może trochę o Chinach i Singapurze. Skrót myślowy.


Jednak nawet zgadzając się na taki skrót, czy naprawdę istnieje coś takiego jak ta "pielęgnacja Azjatek"? Gdyby traktować znaczenie tego terminu w sposób dość dosłowny, oznaczałoby to, że istnieją pewne zachowania i reguły, które są przestrzeganie przez wszystkie, lub przynajmniej większość kobiet, mieszkających w danym geograficznym regionie i są to zachowania i reguły, które są obserwowalne. 

Są setki, jeśli nie tysiące, wpisów i artykułów opisujących co robią "Azjatki" (cokolwiek kryje się pod tym terminem), ale tylko garstka wpisów, które znalazłam na temat pielęgnacji Polek. Są to często ankiety, pokazujące różnorodność zachowań osób ankietowanych.

Prawda jest taka, że absolutnie nas skręca i jeży, gdy czytamy jakieś teksty, które nas samych zagarniają do jakiegoś wyimaginowanego worka.Bazując na moim własnym doświadczeniu, jeśli chciałabym wywołać burzę, wystarczyłoby, bym napisała jakiekolwiek stwierdzenie na temat pielęgnacji Polek. Każde generalne stwierdzenie, nawet jeśli trochę do nas pasuje, nigdy nie pasuje do nas w 100%, więc czujemy, że nie powinniśmy być tak etykietowani. Nasze własne doświadczenia, choć limitowane tym, ile tak na dobrą sprawę można doświadczyć w ramach pojedynczego ludzkiego życia, wydają nam się zawsze w jakiś sposób "prawdziwsze", niż na przykład wyniki ankiety, więc nie dowierzamy, że większość osób robi to czy tamto, jeśli my sami tego nie robimy.

Ale nikogo nie ruszają artykuły zgarniające do jednego worka Azjatki, Francuski czy Skandynawki...

Czy jednak nasza automatyczna awersja do bycia etykietowanym i kwantyfikowanym, oznacza, że nie istnieje coś takiego "pielęgnacja Polek"? Może warto zadać pytanie, czy istnieje coś takiego jak "regionalna" pielęgnacja (niezależnie o jakim kraju mówimy), więc pielęgnacja Polek, Francuzek, Hindusek, etc.

Łatwo wyprowadzić argument, że nie istnieje coś takiego jak "regionalna pielęgnacja". Rytuały pielęgnacyjne są sprawą bardzo indywidualną - determinowane są nie tylko ilością funduszy i czasu, jakie dana osoba może przeznaczyć na pielęgnację, ale przede wszystkim różnicą w potrzebach. Każdy z nas ze względu na genetykę, styl życia i predyspozycje, będzie szukał czegoś innego i praktykował w inny sposób. Mamy też swoje indywidualne przekonania, na które składają się nietypowe doświadczenia, których nie współdzielimy z ogółem społeczeństwa.


Bardzo ciężko jest stworzyć stwierdzenia, które są z jednej strony szczegółowe i pasują do dużej ilości osób, zaś ogólnikowe i mało dokładne stwierdzenia nigdy nie pasują do nikogo na 100%, albo nie niosą za sobą żadnych informacji. Zawsze jest jakieś "ale" i potrzeba uściślenia. Tak, jak i moje czytelniczki nigdy nie osiągną konsensusu miedzy sobą na temat swojej pielęgnacji, tak i nie osiągnie go żadna inna grupa kobiet. Zwłaszcza, jeśli próbujemy opisać całe nacje, lub nawet całe populacje, które liczyć można w milionach...

Czy oznacza to, że nie istnieje coś takiego jak "regionalna pielęgnacja"? Osobiście skłaniam się w stronę stwierdzenia, że nie istnieje, ale... Są pewne argumenty za jej istnieniem, które warto rozpatrzeć.

Argument numer 1 to specyfika rynku. Rynek wbrew pozorom nie jest definiowany przez klientów i ich preferencje - to tango, w którym biorą udział zarówno producenci, jak i klienci. Producenci kształtują naszą percepcję produktów poprzez kampanie marketingowe (w prasie, na YT, w miejscach sprzedaży, itd.). O ile klientki mogą wierzyć, że mają preferencję w stronę naturalnych/organicznych/zagranicznych/innowacyjnych/medycznych/itd. kosmetyków, za tą preferencją stoją lata ciśnienia marketingowego i powolnej, nieustannej edukacji, że produkt z taką cechą jest lepszy od produktu bez tej cechy. Na sukces niektórych cech mogą się składać inne, zewnętrzne dla rynku czynniki, jak np. predyspozycja do nieufności wobec innowacji, lub postrzeganie "natury" jako mniej prestiżowej, niż produktów laboratoryjnych. Te elementy jednak naprawdę ciężko analizować, zaś łatwiej obserwować ich efekty.

Warto pamiętać, że jeśli chodzi o potrzeby kosmetyczne, jeden cel można osiągnąć na wiele sposobów i często wybór konkretnych składników jest kwestią preferencji. Są też potrzeby, które nie są spełniane, więc i klientki szukają dla siebie rozwiązań na innych rynkach.


Duże znaczenia ma też dostępność i dystrybucja - inaczej kwestie dostępności produktów wyglądają w krajach, gdzie większość osób mieszka w dużych skupiskach i jeden mały butik jakieś tyciej firmy w teorii jest dostępny dla milionów potencjalnych klientek. Inaczej to wygląda, gdy potencjalni klienci są rozproszeni i polegają na ustabilizowanych sieciach dystrybucji (które z natury nie współpracują z małymi producentami), lub na dostawie ze zakupów online. Co ciekawe, dalej istnieją regiony, gdzie sieci dystrybucji kurierskiej i pocztowej są na tyle słabe, że zakupy przez internet nawet na chwilę obecną nie są korzystną opcją (np. Indonezja, z pominięciem dużych miast).

Kolejna kwestia związana z rynkiem to cena i proporcja ceny do średnich zarobków. Inaczej wygląda konsumpcja rynku kosmetycznego, gdy kosmetyki są relatywnie drogie, a gdy są relatywnie tanie. W społeczeństwach, gdzie większość osób ma podobny stan majątkowy rynek będzie wyglądać inaczej, niż w krajach, gdzie w ramach jednej, ciasnej przestrzeni społecznej funkcjonują osoby o drastycznie różnych poziomach bogactwa (*ekhem* Singapur *ekhem*).

Zaletą argumentu "rynkowego" jest jego mierzalność i policzalność. Na przykład możemy wprost powiedzieć, że Polki mieszkają w całym przekroju krajobrazów urbanistycznych - od maleńkich wsi, po metropolie. Mogą polegać na relatywnie bezpiecznej dostawie pocztowej i mają dostęp do internetu, więc mogą korzystać z niszowych ofert, nawet jeśli lokalnie nie mają dużego dostępu do różnorodnych drogerii czy butików kosmetycznych, itp. Po prawie dekadzie nie mieszkania w Polsce, nie ośmielę się analizować tego rynku dalej ;)

Ale na przykład w Korei 20% populacji mieszka w Seulu, więc otworzenie butiku w zasięgu stolicy oznacza dla nawet niszowego producenta potencjalny kontakt z milionami mieszkańców metropolii. W Korei funkcjonuje kilku gigantów kosmetycznych (np. Amore Pacific, AM!, Enprani), ale funkcjonuje też "zatrzęsienie" tycich, butikowych firemek, tworzących swoje własne linie kosmetyczne. Wiele marek pojawia się i znika po kilku sezonach, ze względu na ostrą konkurencję i wymuszoną przez zatłoczony rynek wojnę cenową.


Moim zdaniem poprawnym jest pisanie o pielęgnacji Polek, Singapurek, Francuzek czy Skandynawek właśnie pod tym kątem - pod kątem tego, co jest na rynku, jakie przesłania marketingowe generują producenci, jak kształtują się kwestie cen i dostępności. 

Myślę, że trzeba też umieć odróżniać wizje producentów, od praktyki. Na przykład to, że koreańscy producenci produkują linie kosmetyczne zawierające 9 kroków pielęgnacji, nie znaczy, że każda klientka kupuje produkty do wszystkich 9 kroków. Oznacza natomiast, że producent wierzy, że klientka powinna kupić wszystkie 9. Dopóki nie zrobimy ankiety wśród reprezentatywnego ułamka populacji i nie wypytamy, ile kto i jak używa owych kosmetyków, tak na dobrą sprawę nie wiemy. I tak, przyznaję, jestem absolutnie winna ignorowania tego faktu. Jednak czas wydorośleć, więc piszę o tym teraz i mam silne postanowienie, by nie mieszać ze sobą wizji marketingowej produktu z praktyką używania.

Gdy mówię o mierzalności i przeliczalności rynku, mam na myśli, że możemy go analizować w oparciu o fakty - możemy policzyć np. ile firm w danym sezonie wypuściło linie kosmetyczne, zawierające taki czy inny składnik, możemy przeanalizować co było na przestrzeni lat podkreślane w kampaniach reklamowych, możemy nasłuchiwać co polecano w mediach i jakich terminów używano, możemy zmierzyć popularność jakiejś marki poprzez analizę tego, jak często nazwa pojawiała się na forach i blogach, etc.

Argument numer 2 jest trochę trudniejszy do uchwycenia, ale moim zdaniem warto dać mu szansę. Chodzi mi o pewne irracjonalne, niepoparte niczym stwierdzenia, które funkcjonują w tle naszych codziennych aktywności i interakcji z innymi. Na przykład stwierdzenie "odrobina opalenizny wygląda zdrowo"... ile razy każdy z nas to słyszał! Prawda jest jednak taka, że zdrowie nie ma jednego wyglądu. Gdyby tak było, zamiast badań jak analiza krwi czy USG, w gabinecie lekarskim lekarz oceniałby nas poprzez intensywne przyglądanie się :p. Jeśli ktoś twierdzi, że opalenizna wygląda zdrowo, jedynie wyraża swoją opinię. Jednak przez samą wszędobylskość tej opinii, bardzo łatwo jest zapomnieć o pytaniu: ok, gdzie jest praca naukowa udowadniająca, że osoby lekko opalane są statystycznie zdrowsze od tych, które są mocno opalone, lub nie opalone. Opinia to nie fakt, nawet jeśli brzmi jak stwierdzenie opisujące rzeczywistość. Podobnie sprawa ma się ze stwierdzeniem "jasna skóra wygląda zdrowo" - wygląda "zdrowo" dla osoby wyrażającej to stwierdzenie, ale nie opisuje obiektywnej rzeczywistości. Lub "używając kremu przeciw starzeniu, przyzwyczaisz skórę i zestarzejesz się szybciej" - pomijając fakt braku podstaw naukowych tego stwierdzenia, idąc za tą logiką można by powiedzieć "odżywianie się zdrowo przyzwyczai Twój organizm do bogactwa witamin i wykształcisz sobie niedobory", "jak będziesz ćwiczyć, przyzwyczaisz mięśnie do ćwiczeń i ulegną atrofii", co może prowadzić do tak niebezpiecznych stwierdzeń jak "przyzwyczaisz zęby do mycia i potem, nawet myjąc je regularnie, będziesz mieć próchnicę"... Ale odbiegam tu od tematu ;p.

Problem z tymi irracjonalnymi stwierdzeniami, jest, że nawet jeśli w nie nie wierzymy, często bezrefleksyjnie zakładamy, że inni w nie wierzą. Tolerujemy ich pojawianie się w konwersacjach, lub traktujemy je jako swoiste zapychacze - można nimi rzucić od niechcenia i założyć, że nikt za bardzo nie podejmie dyskusji. Zastanawia mnie, na ile nasza akceptacja tych irracjonalnych założeń wpływa na rynek, zaś oferta rynku zwrotnie kreuje nasze percepcje.

Na przykład założenie, że Singapurki preferują jasną skórę może powodować, że firmy są bardziej skore wypuszczać kosmetyki rozjaśniające cerę, potem tworzą kampanie marketingowe promujące rozjaśnianie cery, więc klientki są bardziej skłonne rozważyć zakup takich kosmetyków. Tak samo w Polsce, firma może być bardziej skłonna wypuścić balsam brązujący, niż rozjaśniający, promując przyciemnioną cerę, więc i kreując większą akceptację opalonego wyglądu.

To samonapędzający się mechanizm, który raz wprowadzony w ruch, bardzo ciężko zatrzymać. Przez wszędobylskość irracjonalnej opinii, że używanie kosmetyków w młodym wieku "obraża" skórę, która potem na złość właścicielce galopuje ku oznakom starzenia, może powodować, że producenci kosmetyczni nie mają odwagi wypuszczać linii kosmetycznych przeciw-starzeniowych, kierowanych do młodych osób. Brak takich kosmetyków z kolei wzmacnia wrażenie, że kremy są tylko dla osób, które już mają zmarszczki.

Obecność i wpływ takich irracjonalnych stwierdzeń jest ciężka do uchwycenia i ocenienia, ale ciężko sprzeczać się z faktem, że mają one jakiś (choć trudny do zmierzenia) wpływ na rynek oraz percepcję oferowanych na nim produktów. Zwłaszcza przyglądając się czemuś z zewnątrz, trudno jest uchwycić, czy jakieś stwierdzenie jest prawdziwie uznawane przez większość społeczeństwa, czy pełni rolę jedynie takiej frazy, którą się toleruje, ale nie bierze do serca. Opisując "regionalną" pielęgnację, bardzo często powołujemy się właśnie na te stwierdzenia, nie mając do końca narzędzi do ich analizy. I choć sami patrząc na nasze "własne" irracjonalne frazesy, intuicyjnie potrafimy je wychwycić, patrząc na innych, zakładamy, że dla "inni" akceptują owe frazesy bezkrytycznie. Prawda jest taka, że jesteśmy do siebie dużo bardziej podobni, niż od siebie różni. Gdy patrzymy na inne grupy narodowe lub etniczne i odmawiamy im przypisywanych samym sobie rozsądku i racjonalności, wkraczamy w niebezpieczny obszar rasizmu.

Muszę przyznać, że zajęło mi kilka dobrych lat, by dostrzec niuanse związane z tymi irracjonalnymi stwierdzeniami. Tak jak wspominałam, będąc osobą przyglądającą się wszystkiemu z zewnątrz, czasami ciężko jest wychwycić różnice między opiniami, a lekkodusznie rzucanymi zapychaczami dyskusji.

Podsumowując

Czy istnieje "pielęgnacja Azjatek", "pielęgnacja azjatycka"? I tak, i nie. Tak samo, jak i w przypadku pielęgnacji Polek, Hindusek, Amerykanek, Australijek, itd. nie istnieje możliwość stworzenia stwierdzeń, które byłyby prawdziwe dla 100% kobiet w danym regionie. Jeśli stwierdzenia są zbyt szczegółowe, automatycznie opisują mniej kobiet. Zbyt ogólne stwierdzenia zaś prawie nigdy nie pasują w 100% do każdego lub nie niosą za sobą żadnych informacji. Ale możemy analizować każdy z tych rynków: dostępne na nim kosmetyki, trendy w komunikacji marketingowej oraz swoistą "mitologię" każdego regionu. Ważnym jest jednak umiejętność rozdzielenia rynku i producentów, od faktycznych konsumentów. Rynek i jego oferta są mierzalne i policzalne, ale klienci i ich osobowości, preferencje i zachowania nie są dla nas, osób piszących, kwantyfikowalne. Możemy w najlepszym wypadku przytaczać anegdoty.

Dlatego od jakiegoś czasu staram się unikać używania frazy "pielęgnacja Azjatek", "pielęgnacja azjatycka". Staram się opisywać rynek, składniki i produkty oraz dzielić się obserwacjami czy opowiastkami o moich własnych doświadczeniach. Ale wiele lat zajęło mi zajęcie tej pozycji... Niestety, ten blog w dużej mierze został zbudowany w oparciu o inną perspektywę. Czasu nie odwrócę, ale chcę, aby idąc dalej, blog ten skupiał się na faktach. 


Jak stworzyć własne ćwiczenia twarzy? O co w nich naprawdę chodzi?


Temat ćwiczeń twarzy pojawiał się na tym blogu wielokrotnie, ale też w ostatnich latach sama idea ćwiczeń staje się coraz bardziej popularna. Ćwiczenia twarzy są bardzo ważne dla wielotkankowego podejścia do procesów starzenia, więc oczywiście, musimy je tu omówić. Szczegółowo.


Bardzo szczegółowo ;).

Teoria 


Pisałam i mówiłam o tym wielokrotnie, ale myślę, że warto się powtórzyć: mięśnie naszej twarzy są absolutnie wyjątkowe.

Mięśnie na ciele przyczepione są do kości. Mięśnie twarzy przyczepione są do kości, ale czasami też tylko do siebie nawzajem i skóry. Na przykład mięsień okrężny ust jest przyczepiony tylko do innych mięśni i skóry.

Mięśnie na ciele działają w duetach: gdy jeden mięsień się kurczy, w konsekwencji rozciąga inni. Mięśnie naszej twarzy działają niezależnie. Wiele z nich musi być w stanie się rozkurczyć bez pomocy innych mięśni, tak jak mięśnie oczu czy czoła, które polegają na swojej własnej sprawności i grawitacji, by się rozkurczyć.

Dodatkowo, skóra twarzy jest intensywnie związana z mięśniami. Skóra na całym naszym ciele oddaje mniej więcej kształt leżących pod nią tkanek, ale na twarzy ten proces jest dużo wyraźniejszy. Najdrobniejsze drgnięcie mięśnia twarzy jest odwzorowywane na skórze - jest to podstawą naszej bardzo złożonej i pełnej niuansów mimiki.


Mięśnie naszej twarzy zmieniają się równie intensywnie jak nasza skóra. Z czasem nasza mimika stabilizuje się w zestaw preferowanych ruchów - mamy swoje "miny", które praktykujemy na co dzień. Jednak często nie wystarczą one, by utrzymać twarz w pełnej sprawności, tak jak zwykłe funkcjonowanie nie da nam sprawnego fizycznie ciała, mimo, że gdy byliśmy młodzi codzienne aktywności zazwyczaj wystarczały, by nasze ciała były sprawne.

Objawy słabnących mięśni to:
- Zmarszczki na czole
- "Kurze łapki"
- Opadające policzki i pogłębiająca się bruzdy nosowo-ustne
- Zmarszczki na brodzie i opadające kąciki ust

Teoria praktyki


Ćwiczenie mięśni twarzy oznacza wyjście ponad naszą naturalną mimikę. Gdy ćwiczymy nasze ciało, wybieramy ćwiczenia, które zmuszają konkretne grupy mięśni do zaciskania się. By wzmocnić mięśnie, ćwiczymy z dodatkowymi obciążeniami, by wywołać więcej mikro-uszkodzeń, które nasze ciało później zreperuje, dodatkowo rozbudowując przy tym tkankę mięśniową.

Jednak dla twarzy nie wystarczy zaciskanie mięśni. Ćwiczenia muszą obejmować zarówno zaciśnięcie mięśni, jak i praktykę ich rozciągnięcia! Jest to bardzo ważne, ponieważ, jak pisałam powyżej, kurczenie i rozciąganie, które są tak naturalne dla innych mięśni naszego ciało, nie są zagwarantowane dla mięśni twarzy.

Dlatego większość guru ćwiczeń twarzy będzie dla każdej grupy mięśni proponować dwa oddzielne ćwiczenia - jedno, które zaciska konkretną grupę mięśni, i drugie, które te mięśnie rozciąga. Na przykład Fumiko od FaceYogaMethod oferuje dla policzków różne ćwiczenia: w jednym zaciska mięśnie policzków, ciągnąc kąciki ust w górę i zmuszając je do intensywnego ścisku, a w drugim naciąga twarz w geście przypominającym wymawianie litery "U/O", by intensywnie rozciągnąć te same mięśnie, które intensywnie zaciskała za pierwszym razem.

Fumiko z TheFaceYogaMethod

Dla mięśni oczu, ćwiczenia w ich zaciskaniu, często mają na celu... ich rozciągnięcie. Ponieważ mięsień okrężny oka jest bardzo podatny na trwałe zaciśnięcie się, aby go rozciągnąć, często przytrzymuje się go palcami, delikatnie rozciągając, po czym pogłębia się owo rozciągnięcie przez świadome zaciśnięcie mięśni.

Dlaczego guru ćwiczeń robią takie śmieszne miny? Czyli problemy z praktyką ćwiczeń


Teoria praktyki brzmi logicznie - ćwiczymy mięśnie, by odbudować ich sprawność. Jest jednak pewien problem. Ćwiczenia często wyginają naszą twarz w ekstremalne i nienaturalne miny. Zawieszona na mięśniach skóra rozciągana jest przy okazji ćwiczeń. Jeśli skóra jest super elastyczna, nie jest to problem. Jednak większość z nas rozpocznie ćwiczenia w wieku, gdy nasza skóra nie jest już wystarczająco elastyczna, by znieść takie naciąganie i wyginanie.


By minimalizować owo wyginanie i naciąganie, guru ćwiczeń intensywnie kombinują, jak ułożyć, przytrzymać czy uchwycić skórę podczas ćwiczeń. Stąd dziwne miny czy przytrzymywanie twarzy.

Inna trudna sprawa...


... o której w kontekście ćwiczeń się dużo nie mówi, to że ćwiczenia bardzo wyostrzają rysy. Jasne, może jakaś tam zmarszczka stanie się płytsza, ale efektem ubocznym ćwiczeń może być nadmierne rozbudowanie niektórych części twarzy, czasami w sposób, który nie będzie nam ostatecznie odpowiadał. Jest to ogromnym zagrożeniem zwłaszcza dla twarzy naturalnie chudych.

Inną jeszcze sprawą jest pojawienie się "efektu ściągacza". Część mięśni naszej twarzy (zwłaszcza policzków) jest nadmiernie naciągniętych. Gdy zaczynamy je ćwiczyć, mięśnie potrafią się sporo skurczyć. Jednak zawieszona na nich skóra nie ma tak silnego bodźca, by się skurczyć i jej nadmiar zaczyna leżeć pofałdowany na naszej twarzy, tak jak nadmiar materiału fałduje się, gdy zaciągniemy ściągacz.

Oczywiście liczni guru ćwiczeń, którzy zarabiają na przekonywaniu ludzi, że ćwiczenia są w 100% bezpieczne, nigdy się do tego nie przyznają. Ćwiczenia twarzy wiążą się z ryzykiem i mają swe mroczne strony. Dlatego nie są dla każdego. Dlatego trzeba je praktykować z ogromną dozą ostrożności. Trzeba umieć przerwać praktykę, jak tylko pojawi się cień szansy, że zmiany na twarzy nie idą w pożądanym kierunku.

Jak stworzyć własne ćwiczenia?


Choć można korzystać z gotowców, prawda jest taka, że każdy z nas może spróbować wymyślić dla swojej twarzy ćwiczenia, które go interesują. Jeśli przyjrzysz się systemom ćwiczeń twarzy, wszystkie z nich przechodzą przez kolejne mięśnie twarzy, oferując ćwiczenia, które je zaciskają i rozkurczają. Głównym zadaniem guru ćwiczeń jest wymyślenie odpowiednich chwytów chroniących skórę przed nadmiernym naciąganiem i wyginaniem.

Powiedzmy, na przykład, że masz problem z opadającymi w dół kącikami ust. Przestudiuj anatomię twarzy i zastanów się, jakie mięśnie i tkanki są w to zaangażowane. W tym przypadku, problemy mogą być po części spowodowane naciskiem na usta ze strony policzków, ale też tym, że mięśnie w brodzie czasami mają problem z poprawnym rozkurczaniem się. Dlatego niektórzy próbują wstrzykiwać w nie botoks, co przekreśla szanse tych mięśni na naturalne funkcjonowanie..

Możesz więc spróbować ćwiczeń, które skorygują te mięśnie, które ciągną kąciki ust w dół. Pierwszy krok to ćwiczenia zaciskające - tu nie ma zbyt wiele miejsca na kombinowanie: zaciskasz mięśnie w grymasie ciągnącym kąciki w dół. Patrzysz w lustro, czy nie wygina to skóry w niebezpieczny i niesymetryczny z obu stron sposób. Jeśli pojawiają się głębokie fałdy, musisz poszukać sposobu na ich zniwelowanie. Tu zrobisz to albo poprzez podtrzymanie skóry, albo przyciskając palce w miejscach, gdzie skóra się marszczy. Możesz spróbować uchylić usta. Możesz spróbować przyłożyć palce do brody. Wszystko zależy od Twoich potrzeb. Powtarzasz ćwiczenie kilka razy, za każdym razem przytrzymując skurcz kilka sekund.

Drugi krok, to rozciągnięcie tych mięśni. Tutaj masz kilka opcji. Możesz otworzyć usta, zacisnąć je, jakbyś mówiła literę "O", po czym próbować "zawinąć" wargi za zęby, tak jakbyś chciała je schować. Spowoduje to intensywne rozciągnięcie mięśni na brodzie oraz policzków.


Możesz też wybrać inne ćwiczenie, jak zaciśnięcie ust i rozciągnięcie mięśnia od wewnątrz, naciskając na niego językiem. Ta opcja nie wymaga zaciskania ust w pomarszczony krążek, więc jest przyjaźniejsza dla osób, które boją się o zmarszczki na ustach. Może być jednak odrobinę trudniejsza do wykonania. Możesz też nabrać w usta powietrza i "wypchać" nim okolice brody i dolnych zębów, by rozciągnąć ten obszar.

Oczywiście cały czas obserwujesz, czy skóra nie marszczy się w niepożądany sposób, dopasowujesz, przytrzymujesz, itd.

Kończysz sesję delikatnym masażem mięśni, by w pełni je zrelaksować i przywrócić naturalne napięcie twarzy. Polecałabym tu serum, które będzie zawierało coś delikatnie rozkurczającego (acetylhexapeptide-8), oraz oligopetydy (EFG) i inne, pielęgnujące i uelastyczniające skłandiki.

Oczywiście, łatwiej stworzyć ćwiczenia dla mięśni policzków i brody, niż dla oczu czy czoła, gdzie nie ma prostych sposobów na ich rozciąganie. Ale te obszary można masować lub wykonywać ćwiczenia z obciążeniem w postaci odpowiedniego chwytu.

Wady i zalety


Zdecydowaną zaletą tworzenia własnych ćwiczeń jest możliwość dopasowania chwytów przytrzymujących do potrzeb własnej twarzy. Nasze twarze mają to do siebie, że wyginają się w bardzo zindywidualizowany sposób i żadna książka czy filmik z "gotowcami" nie są w stanie dać uniwersalnych instrukcji dla każdego.

Wada to zdecydowanie to, że trzeba doskonale rozumieć związki między problemami twarzy, a konkretnymi mięśniami. Nie wystarczy kierować się własną intuicją i czasem trzeba sięgać do źródeł naukowych, by zapoznać się z prawidłowo przedstawioną strukturą twarzy, by dowiedzieć się który mięsień ćwiczyć, aby wpłynąć na ten czy inny problem. Nie mówię, że jest to łatwe i mimo, że sama w tym temacie poruszam się od lat, co chwilę dowiaduję się czegoś nowego.

Jak wspominałam powyżej, trzeba też czasem umieć odpuścić, spróbować czegoś innego, poeksperymentować z intensywnością i cały czas obserwować, czy zmiany idą w dobrym kierunku.


Anti-aging oczu - wielotkankowe podejście do procesów starzenia



Podobno nikt nie czyta już na sieci długich artykułów... Wszystko ma być krótkie, zwięzłe i nie dłuższe niż jeden ekran. Tutaj jednak będziemy łamać te zasady. Jeśli podoba Ci się taka forma artykułów, zbierających masę informacji w jednym miejscu, Twój "lajk" czy podzielenie się tym wpisem na mediach społecznościowych dadzą mi znak, żeby pisać więcej w ten sposób..

****

Problemem ze współczesnym podejściem do starzenia jest nadmierne skupianie się na kwestiach skóry. Skórę widzimy, więc łatwo jest skoncentrować się tylko na niej. Jednak dbanie wyłącznie o skórę jest nieskuteczne.

Rozwiązaniem jest zmiana podejścia - zamiast skupiać się na skórze, warto zacząć patrzeć na starzenie się obszaru oczu jako process wielotkankowy, obejmujący nie tylko zmiany skóry, ale również tkanek leżących pod nią.

Spis treści:

I. Zrozumieć anatomię oka: wielotkankowe podejście do problemu starzenia
II. Zmarszczki pod oczami
III. "Kurze łapki" czyli zmarszczki w zewnętrznych kącikach oczu
IV. Worki, since i cienie pod oczami
V. Tymczasowe worki pod oczami
VI. Worki pod oczami
VII. Cienie pod oczami
VIII. Since pod oczami - anatomia
IX. Rodzaje sinców pod oczami
X. Prewencja
XI. Jak dbam o skórę oczu

I. Zrozumieć anatomię oka: wielotkankowe podejście do problemu starzenia


Obszar w okół oka składa się z wielu tkanek: 
1. Skóra - pierwsza,najbardziej zewnętrzna warstwa i zarazem bardzo unikatowa. Skóra oka jest z natury bardzo cienka - ma jedynie około 1 - 2 mm. Na skórę składa się leżąca na sieci naczynek krwionośnych warstwa skóry właściwej oraz produkowanego przez nią naskórka (zwana również warstwą rogową). Oba elementy są relatywnie cienkie - jest tu więc mniej miejsca na bogatą sieć kolagenu i elastyny, oraz większa podatność na utratę nawilżenia.



2. Warstewka podskórnego tłuszczu - zaraz pod skórą znajduje się bardzo cieniutka warstwa tłuszczu podskórnego. W niektórych miejscach naszego ciała ta warstwa jest grubsza, ale pod okiem jest ona relatywnie cienka. 

3. Mięsień okalający oko - to wyjątkowy mięsień poprzetykany masą innych mięśni odpowadających za zamykanie i otwieranie naszych powiek. Mięsień okalający oczy podobny jest w swojej naturze do mięśni naszych ust - tworzy specyficzny krążek, który zmniejsza się, gdy się zaciska.

4. Przegroda oczodołowa - specjalna warstwa tkanki łącznej, która tworzy bazę dla mięśni oka, oraz "trzyma" nasze gałki oczne oraz leżące za nią tkanki w miejscu.


5. Poduszeczki tłuszczu - za przegrodą oczodołową mamy umieszczoną poduszeczkę tłuszczu zaraz pod okiem ("intraorbital fat").


II. Zmarszczki pod oczami


Zmarszczki są wbrew pozorom bardzo skomplikowane w swej naturze. Za elastyczność naszej cery odpowiadają dwa czynniki - elastyczna siatka kolagenu i elastyny w skórze pozwala jej się wyginać oraz naciągać, zaś dostatek poziomów nawilżenia działa niczym dodatkowy amortyzator.

Gdy poziomy nawilżenia są niewystarczające, lub siatka kolagenu i elastyny jest zbyt słaba, by wytrzymać stres ciągłego wyginania i naciągania, dochodzi do zmian w jej strukturze - powstaje zapadnięcie, dolina, która z czasem się pogłębia i zapada, a wraz z nią, leżąca na niej struktura skóry właściwej i naskórka.

Ponieważ skóra oka jest cienka, z natury będzie mieć mniej miejsca na grubą siatkę kolagenu i elastyny, oraz będzie bardziej podatna na przesuszanie (tak jak cieńszy materiał wysycha szybciej niż gruby). Jednocześnie skóra dookoła oczu bardzo ciężko pracuje - naciąga się i wygina przy okazji naszych codziennych aktywności. Nic dziwnego więc, że tak szybko można zaobserwować na niej powstanie zmarszczek.

Miejscem, gdzie powstają zmarszczki w pierwszej kolejności jest granica pomiędzy skórą oczu i policzka, oraz skóra bezpośrednio pod dolną powieką. Gruba skóra policzka "uderza" w skórę oka, gdy się uśmiechamy, czy wykonujemy jakikolwiek gest, który podciąga policzki w górę. Policzek naciska na obszar pod okiem ale też rozciąga go w dół. Każde mrugnięcie ciągnie skórę i zmusza ją do pracy.


Najlepszą strategią jest więc zapewnić skórze w tym miejscu bogactwo kolagenu i elastyny, jak i zadbać o poziomy nawilżenia.

Jakie składniki kosmetyczne warto rozważyć?

- EGF (zwane też oligopeptydami) - to naturalnie występujące w naszej skórze substancje, które komunikują naszym fibroblastom (wewnętrzne "fabryki" kolagenu), by produkowały kolagen. Ponieważ produkcja kolagenu i elastyny zwalnia z wiekiem, dodatkowy EGF przypomni skórze, by nie zwalniać i utrzymać optymalny poziom elastyczności. EGF motywuje też nasze komórki do szybszej produkcji nowego naskórka, więc pomaga chronić przed utratą poziomów nawilżenia.

Jest wiele kosmetyków zawierających EGF, ale ja polecałabym tu kurację płatkami Petitfee - wymagają one około 2 miesięcznej kuracji, ale efekty są naprawdę warte zachodu. Ewentualnie nakładać można w newralgiczne okolice maseczkę całonocną Sidmool.


- Kolagen do spożywania - podobnie jak EGF, kolagen do spożywania motywuje nasze ciało do optymalnej produkcji kolagenu, więc naturalnie zwiększa elastyczność skóry. Spożywanie kolagenu ma udokumentowany naukowo pozytywny wpływ na zmarszczki pod oczami.
Efekt kuracji kolagenem do spożywania na zmarszczki pod oczami
Polecam tu kolagen firmy Avalon - jest wysoko-przyswajalny, ponieważ ma wyjątkowo małe cząsteczki. Miałam okazję rozmawiać z twórcami tej marki i ich determinacja, by tworzyć jedynie najlepsze produkty była prawdziwie imponująca.


Ważne jest też zdać sobie sprawę, że promienie słoneczne rozkładają kolagen. Filtry przeciwsłoneczne trochę pomagają, ale nic nie zastąpi unikania stania bezpośrednio w promieniach słońca, zwłaszcza w godzinach popołudniowych. Okulary, kapelusz z rondem, parasolka i przede wszystkim dobre nawyki słoneczne są lepsze niż jakiekolwiek kosmetyki.

III. "Kurze łapki" czyli zmarszczki w zewnętrznych kącikach oczu


Zmarszczki powstają tam, gdzie stres wyginania i naciągania narusza leżącą w skórze siatkę kolagenu. W regionie pod okiem, nacisk wywierany jest głównie naturalną mimiką twarzy - częściowo ten nacisk widać też w zewnętrznych kącikach oczu, które zaginają się w wiele zmarszczek, gdy się uśmiechamy.

Ale istnieją też zmarszczki, które powstają gdy mrużymy oczy. Wiele z nas ma nawyk mrużenia oczu, często bezwiedny. Skóra oczu leży na krążku mięśni i gdy zaciskamy mięśnie, zmniejszają one swoją powierzchnię, więc "nadmiarowa" skóra leżąca na nich, wygina się w sieć fałdek.

Gdy skóra jest elastyczna, takie wyginanie nie jest problemem i skóra powinna bez problemu wracać zawsze do swojego oryginalnego kształtu. Jeśli nie jest elastyczna, połamie się jednak i powstaną zmarszczki - na początku płytkie i ledwo widoczne, jednak z czasem pogłębiające się. Jeśli problemem jest elastyczność, polecam te same kosmetyki co w poprzednim podrozdziale.

Jeśli jednak chodzi o ten obszar oczu, dochodzi problem mięśni - nasze mięśnie twarzy są wyjątkowe. Nie tylko bywają przytwierdzone do siebie nawzajem i skóry (kiedy mięśnie ciała przytwierdzone są zawsze do kości), ale też nie działają w tandemach mięśni rozkurczających i zaciskających. Gdy chcemy rozciągnąć biceps, zaciskamy triceps i vice versa. Jednak dla mięśni twarzy, muszą one często polegać na grawitacji oraz swojej własnej sprawności, by się rozkurczyć.

Nie mamy w twarzy mięśni, które rozciągnęłyby zaciśnięty krążek mięśni oczu - dlatego zdarza się z czasem, że owe mięśnie przestają się rozkurczać, więc zawieszona na nich skóra pozostaje permanentnie wygięta w drobne fałdy, co z czasem powoduje uszkodzenie leżącej w skórze siatki kolagenu.



Ostrzyknięcie botoksem pozbawia mięsień możliwości zaciskania się. Niestety, choć daje to wizualny efekt rozciągnięcia leżącej na mięśniu skóry, nie jest to w żadnym wypadku rozwiązaniem problemu, wręcz przeciwnie! Nieużywany mięsień stanie się jeszcze mniej sprawny i problem tylko się pogłębi. Botoks odbiera nam szanse na zdrowe i sprawne mięśnie twarzy.

Lepszym rozwiązaniem jest przywrócenie mięśniom ich naturalnej sprawności - delikatne "przypominanie" by się rozkurczyły. Można to osiągnąć poprzez delikatne masaże lub nakładany powierzchniowo środek rozkurczający , lub połączenie obu tych manewrów.


Jako kosmetyk, polecam tu serum Sidmool rozkurczające - zawiera odbudowujący elastyczność skóry EGF, oraz dawkę delikatnie rozkurczającego Acetylhexapeptide-8, który w przeciwieństwie do botoksu, działa bardzo łagodnie oraz umożliwia dalsze używanie mięśni.

IV. Worki, since i cienie pod oczami

Temat worków, sinców i cieni pod oczami jest bardzo trudny do omówienia, ponieważ to trzy różne problemy, a jednak większość osób stosuje wszystkie terminy zamiennie, często nieumiejętnie komunikując z czym tak na dobrą sprawę mają problem. Ustalmy więc, że:

- Worek pod okiem to wypukłość w rejonie pod okiem
- Siniec to niebieskawy lub fioletowawy obszar skóry pod okiem
- Cień to cień rzucany przez wypukłość pod okiem lub pojawiający się jako konsekwencja zapadnięcia się obszaru pod okiem.

Worki rzucają cienie, ale cienie to nie to samo co since pod oczami.  Każda z tych przypadłości jest trochę inna w swej naturze. 

V. Tymczasowe worki pod oczami


Myślę, że można zaryzykować stwierdzeniem, że każdy z nas doświadczył tego typu worków pod oczami. Budzimy się rano i widzimy w lustrze zapuchnięte oczy. Opuchlizna mija po kilku godzinach, lub kilku dniach. Można ją zwalczyć okładem (ciepłym lub zimnym), masażem, czasami kremem. 

Przyczyny takich tymczasowych worków bywają różne: alergie, zła pozycja spania, problemy z gospodarką wodną w organizmie. Czasami jest to objaw innych problemów zdrowotnych, o których może nawet nie wiemy.

Ponieważ powody tych problemów są tak różne, potrzeba też różnych rozwiązań. Można spróbować spać z podgłówkiem, można spróbować diety roślinnej (wiele osób chwali za pozytywny wpływ takowej na gospodarkę wodną organizmu), można rozejrzeć się, co potencjalnie podrażnia oczy, itp. 

Większość dostępnych na rynku kremów pod oczy obiecujących redukcję worków pod oczami pomaga na ten typ worków, zwłaszcza kosmetyki zawierające wyciąg z oczaru. Niestety na kolejny typ nie mają absolutnie wpływu....

VI. Worki pod oczami

Są worki, które znikają, są też te, które zostają z nami, obojętnie jak bardzo jesteśmy wypoczęte. Worki, których nie ruszy żaden krem, ani okład. Czasami mają postać delikatnej wypukłości, czasami są bardzo wyraźne, ale to co je łączy, to ich permanentna natura.

Worki pod oczami powstają gdy leżące pod przegrodą oczodołową poduszeczki tłuszczu zaczynają się wybrzuszać. Proces ten ma dwa aspekty: pierwszy to naciąganie się przegrody oczodołowej, drugi to zmiany w strukturze poduszeczek tłuszczowych. Nasza twarz posiada wiele różnych poduszeczek tłuszczowych i wszystkie z nich z czasem zmieniają swój kształt - stają się mniejsze, ale jednocześnie bardziej rozciągnięte i wystające.
Po lewej przekrój twarzy osoby młodej, po prawej przekrój na którym widać objawy starzenia w postaci uwypuklenia się poduszeczki tłuszczu
Naciąganie się przegrody oczodołowej może być kwestią czasu, ale może być też spowodowane nagłą traumą (np. wypadek samochodowy), który nadwyręża ją ponad jej elastyczność. Czasami dochodzi do przerwania powierzchni przegrody i przepukliny, gdzie poduszeczka tłuszczu wylewa się przez przegrodą i pod mięsień.

Większość osób walczy z workami pod oczami sięgając po kremy, mylnie wierząc, że problem leży w zbyt luźnej skórze, która nie "trzyma" tkanek pod okiem we właściwym miejscu. Jest to bardzo nieskuteczne podejście - nasza skóra nie jest gorsetem dla twarzy! Jest w najlepszym wypadku dopasowanym ubraniem.

Więc jak zarządzać workami pod oczami? Ponieważ problem dotyczy wielu tkanek, potrzebne jest wielotkankowe podejście. Sama skóra nie wystarczy, by przytrzymać w pożądanym miejscu przesuwające się poduszeczki tłuszczu. Ale warto mieć tu też sporą dozę realistycznych oczekiwań - zmiany w tym regionie oczu, które prowadzą do powstania worków pod oczami, są w pewnym sensie "naturalne", nie są objawem konkretnych zaniedbań z naszej strony. Możemy próbować na nie wpływać, ale warto umieć też znaleźć w tym wszystkim umiar.

Więc od czego zacząć? Znowu z pomocą przyjdą kosmetyki z EGF, które mają naukowo udowodniony pozytywny wpływ na redukcję worków pod oczami. Więc warto zacząć kurację od płatków Petitfee lub maseczki całonocnej z EGF.

Kiedy skóra jest zadbana i elastyczna, można rozważyć opcję ćwiczeń - wzmocniony mięsień okrężny oka powinien być w stanie zaoferować dodatkowe wsparcie dla struktur tkanek dookoła oka. Jednak ćwiczenia oczu to bardzo ryzykowny pomysł, ponieważ wywiera dodatkowy nacisk na kruchą skórę oczu. Poza masażami pokazanymi w tym filmiku, można dołożyć ćwiczenie, gdzie kładziemy palce w geście litery "V" na kąciki oczu i zaciskamy oczy na kilka sekund, wymuszając na mięśniach intensywny skurcz. Ćwiczenie powtarzamy kilka razy.



Można też próbować delikatnie wypełnić obszar na granicy policzka i worka "wypełniaczem bez wstrzykiwania" - jest to kosmetyczne rozwiązanie, które ukrywa problem, ale naturalne wypełniacze działają bardzo łagodnie, nie ma ryzyka, że się przesuną czy rozciągną skórę. Można też spróbować masaży twarzy, które podnoszą policzek - np. masaż nr. 12 z książki "Chirurgia pastyczna w Twoich rękach".

VII. Cienie pod oczami

Cienie pod oczami są czasami rzucane przez worek pod okiem, czasami przez "dolinę łez". O tym jak poradzić sobie z "doliną łez" pisałam w tym wpisie, zaś jeśli chodzi o worki, są opisane w podrozdziale powyżej.

VIII. Since pod oczami


Since to bardzo trudny temat - głównie dlatego, że żyjemy w kulturze, która absolutnie wyklęła sińce pod oczami. Obecny makijaż tak wybiela obszar pod okiem, że twarze praktycznie świecą własnym światłem w tym obszarze!

Sęk w tym, że pewien stopień zsinienia skóry nie jest objawem niczego złego, jest wynikiem naturalnej anatomii tkanek tego obszaru. Skóra w okół oczu jest z natury cieńsza, ale tak jak skóra na całym ciele wymaga system naczynek krwionośnych, które będą dostarczać jej komórkom niezbędnego tlenu i substancji odżywczych. Bogata sieć naczynek ciągnie się zaraz pod warstwą skóry, zaś drobne naczynia włosowate wchodzą głęboko w skórę, podchodząc pod sam naskórek. Choć w owych naczyniach krąży czerwona krew, refrakcja światła daje wrażenie, że skóra owe naczynka krwionośne mają niebieskawy kolor.


Chciałabym tu coś wyjaśnić. Ostatnio coraz częściej widzę krążące po sieci informacje, o rzekomym zabiegu "odsuwania" naczynek krwionośnych od skóry, w celu zmniejszenia sińców pod oczami, poprzez wstrzykiwanie sobie wypełniaczy w obszar oczu. Chciałabym bardzo intensywnie podkreślić, że nie da się oddzielić, odsunąć czy w jakikolwiek sposób odseparować naczynek krwionośnych od skóry - naczynka krwionośne są potrzebne skórze do ŻYCIA. To one dostarczają komórką skóry tlen i niezbędne substancje! Nie da się wcisnąć jakiegoś wypełniacza pomiędzy naczynka i skórę - naczynka są W skórze i są dla niej niezbędne.

Zresztą ... wypełniacze w regionie oczu wciska się POD mięsień - skóra w tym regionie jest zbyt cienka, by wstrzykiwać wypełniacze bezpośrednio pod nią, bo byłoby zbyt duże ryzyko, że porobią się nierówności, lub wstrzyknięty wypełniacz zacznie się przesuwać, albo wywoła nie pożądaną reakcję. Moim zdaniem wstrzykiwanie sobie czegokolwiek, biorąc pod uwagę, że jest to coś, z czym nasz organizm walczy, jak z chorobą, jest głupotą, ale to tylko moja opinia.

Ale skąd w takim razie informacje, jakoby zabieg wstrzyknięcia pomógł komuś na jego sińce? Prawdopodobnie jest to efekt redukcji cienia pod okiem, więc skóra wygląda inaczej. A że większość osób traktuje terminy "sińca" i "cienia pod okiem" zamiennie, o dezinformacje nie trudno....

IX. Rodzaje sińców pod oczami


Jak pisałam powyżej, pewna doza zsinienia pod okiem nie jest niczym złym czy nienormalnym, a jedynie konsekwencją anatomii naszej twarzy. Jednak stopień zsinienia naszych oczu może się zmieniać na różne sposoby.

Niebieskawe since są zazwyczaj objawem braku snu i zmęczenia - gdy nie wypoczywamy wystarczająco nasza skóra nie nadąża z regeneracją i naturalnym nawadnianiem. Dobry krem nawilżający, preferowalnie ze składnikami jak kwas hialuronowy i wyciąg z ginkgo biloba mogą pomóc, choć pewnie lepiej byłoby się po prostu zdrzemnąć ;).

Czerwonawe sinienie może być objawem cienienia skóry, więc znowu pojawia się opcja skorzystania z kosmetyków z EGF.

Z wiekiem pod okiem może się pojawić żółtawy w tonie siniec, o niezdrowym kolorycie - może to być objaw nie tylko zmian w skórze, ale też słabnącej funkcji nerek, osłabionego krążenia itp. Kosmetyki mające pozytywny wpływ na krążenie, to np. te  ginkgo biloba, wyciągiem ze skórek cytrusowych (witamina C + hesperydyna), można się też pokusić o coś z oczarem. Okazjonalny masaż w stylu masażu Tanaka może pomóc odprowadzić z twarzy nadmiar limfy.

Poza sińcami,  czasami przyczyną zmiany koloru skóry dookoła oczu jest problem nadmiernej pigmentacji. Skóra ciemnieje, ponieważ nasze własne komórki produkujące melaninę, nadmiernie się uaktywniają w tym konkretnym regionie. Jest to często kwestia genetycznej predyspozycji. W efekcie może dojść do generalnego ściemnienia skóry lub pojawienia się plam.


Aby dowiedzieć się więcej na temat mechaniki działania pigmentów w naszej skórze oraz metod ograniczania nadmiernej produkcji melaniny, zapraszam do tego wpisu.

Ale myślę, że przede wszystkim warto przemyśleć naszą zbiorową obsesję na punkcie ekstremalnego wybielania obszaru pod okiem.... Jest granica między dbaniem o siebie, a zwalczaniem swojej anatomii i jeśli chodzi o since pod oczami, mam wrażenie, że często o tej granicy zapominamy.

X. Prewencja

Prewencyjnie można stosować proste techniki relaksacji oraz okazjonalne ćwiczenia, ale przedewszystkim warto utrzymać cerę w optymalnym stanie

Składniki, których warto szukać


  1. Witamina E i witamina C - dobre w każdym wieku, pełnią głównie funkcję ochronną.
  2. Witamina B3 (polecany!) - zapobiega nadmiernej pigmentacji oraz przed utratą poziomównawilęznenia
  3. Astaksantyna - przeciwutleniacz, który delikatnie ogranicza nadmierną produkcję melaniny
  4. Wyciągi z glonów - nawilżają i promują produkcję kolagenu
  5. Kolagen - galaretka kolagenowa dobrze nawilża i jest alternatywą dla parafiny, itp.
  6. Ekstrakt z ginkgo biloba - poproawia krążenie
  7. Oczar (polecany!) - redukuje opuchliznę
  8. Ekstrakt skórki cytrusowej (polecane!) - zawiera wzmacniającą naczynka krwionośne hesperydynę oraz dobroczynną witaminę C
  9. Ekstrakt zielonej herbaty - chyba jeden z najbardziej lubianych i często używanych naturalnych przeciwutleniaczy.

XI. Jak ja dbam o skórę oczu?

Skóra oka to trochę taka moja duma i "oczko w głowie" - bardzo lubię fakt, że udaje mi się ją utrzymać w relatywnie dobrym stanie. Mam delikatny siniec w wewnętrznych kącikach oczu, ale nie przeszkadza mi jakoś szczególnie. Mam też zarys formujących się worków pod oczami, zaś pod prawym okiem zarys doliny łez, ale od lat udaje mi się utrzymać je w tym stanie.

Ma bezmakijażowa, 32-letnia facjata
Nie stosuję osobnego kremu pod oczy. Spożywam regularnie kolagen Avalon (saszetka codziennie, lub co drugi dzień), co kilka miesięcy funduję sobie kurację płatkami Petitfee, oraz gdy nakładam maseczkę całonocną Sidmool, zawsze staram się ją delikatnie wklepać też w obszar pod oczami. Na co dzień pod oczy nakładam te same kosmetyki, co na resztę twarzy.

Fundamenty mojej pielęgnacji
Na chwilę obecną nie stosuję już rozkurczającego serum Sidmool - kiedyś był moim wielkim sprzymierzeńcem, ale celem tego serum nie jest bycie włączonym w codzienną pielęgnację, tylko kuracja, której celem jest przywrócenie mięśniom ich naturalnej sprawności i to mi się udało. Na chwilę obecną więc wystarczają mi techniki relaksacji mięśni przedstawione w tym filmiku.

***

Podobno nikt nie czyta już na sieci długich artykułów... Wszystko ma być krótkie, zwięzłe i nie dłuższe niż jeden ekran. Tutaj jednak będziemy łamać te zasady. Jeśli podoba Ci się taka forma artykułów, zbierających masę informacji w jednym miejscu, Twój "lajk" czy podzielenie się tym wpisem na mediach społecznościowych, dadzą mi znak, żeby pisać więcej w ten sposób..



Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.