wtorek, 22 listopada 2016

Gąbki, poduszki i siateczki - czyli przegląd makijażowych innowacji

Pomysł na podkłady w gąbce ma już dobre kilka lat i choć myślałam, że będzie jedynie przelotnym trendem, okazało się, że ten jeden pomysł doskonale wyewoluował w całą gamę pomysłów i innowacji. Dzisiaj zapraszam na bliższe się im przyjrzenie.

Pierwsza generacja: podkłady i kremy BB w gąbeczce

Pomysł:


Jaką przewagę nad kremem BB lub podkładem ma krem BB lub podkład w poduszeczce? Produkt oferowany w formie nasączonej gąbki może być bardzo płynny. Niestety bardzo płynne produkty, sprzedawane w formie buteleczek czy tubek, są trudne w dozowaniu i bardzo kłopotliwe w nakładaniu. Trzeba je "łapać", zanim spłyną z dłoni, albo używać spodeczków i innych narzędzi do aplikacji. Przechowywanie płynnego produktu w gąbeczce pozwala właśnie na łatwą aplikację i przechowywanie.

Zalety:

1. Cieńsza warstwa produktu na skórze - bardzo lejący się produkt można rozprowadzić na cerze naprawdę cieniutką warstwą i to bez kombinowania z blenderami czy specjalnymi narzędziami. Taki produkt na cerze wygląda bardzo lekko i naturalnie.

2. Doskonała trwałość - po nałożeniu na skórę, produkt praktycznie natychmiastowo zasycha, doskonale przylegając przy tym do cery, przez co wiele produktów w gąbeczce oferuje doskonałą trwałość, nawet przy minimalnej aplikacji produktu.

3. Błyskawiczna szybkość aplikacji - bez dwóch zdań, to jedna z największych zalet produktów w gąbce.

Wady:

1 . Nakładanie cienką warstewką ma też jednak swoje wady - mniej produktu oznacza potencjalnie słabsze krycie. Jednak większość z nas preferuje mocniejsze krycie i tu podkłady w gąbeczce często zawodzą. Niektóre firmy potrafią tak zmiksować pigment, by podkład wyglądał ładnie, innym wychodzą produkty typu "maska".

2. Cena - podkład w gąbeczce musi mieszkać w specjalnym opakowaniu, często z lusterkiem i osobną komorą na watkę do nakładania. Niestety oznacza to konieczność zainwestowania w takie opakowanie, przynajmniej raz. Na szczęście uzupełnianie (wymiana gąbeczki) nie jest takie drogie.

3. "Wyciskanie" i "uciekanie" zawartości gąbeczki - niestety za każdym razem, gdy naciskamy na gąbeczkę, by wydostać z niej podkład, przemieszczamy produkt i często zaczyna on wyciekać i uciekać na boki miseczki, w której rezyduje gąbka. Ani to ładne, ani praktyczne, bo przez to często nabiera się na gąbęczkę znacznie więcej produktu, niż potrzebujemy.

A co z higieną?


Wiele osób ma wątpliwości, czy podkład w gąbeczce da się utrzymać w czystości. Producenci twierdzą, że podkłady tego typu produkowane są według technologii "woda w oleju",  która w teorii zapobiega rozmnażaniu się bakterii. Sama gąbeczka nie trzyma też zbyt wiele podkładu (około 15 ml), więc często się je wymienia.

Druga generacja: gąbeczka typu "mochi"


Mochi to taka bardzo elastyczna kluska z nadzieniem w środku, zjadana jako deser.

Gdy producenci podkładów w poduszkach zauważyli, że problemem jest uciekanie i wyciekanie podkładu z gąbeczki, kiedy ta jest naciskana w celu wydostania produktu, pojawiły się pomysły na ulepszenie tego procesu. Zamiast więc wkładać do opakowania zwykłą, nasączoną produktem gąbkę, zamienioną ją na gąbczastą poduszeczkę, gdzie produkt jest uwięziony w środku.

Niby zmiana nieduża, a jednak produkty z gąbeczką typu "mochi" są dużo łatwiejsze i przyjemniejsze w używaniu.

Trzecia generacja: siateczki typu "tension" i powrót do kremowych podkładów


Jedną z największych zalet podkładów w gąbeczce jest szybkość i komfort nakładania. Wiele kobiet polubiło ideę zabierania do torebki swojego podkładu w wygodnym opakowaniu. Jednak nie każdy polubił się z płynną formułą, która ma swoje wady i ograniczenia.

Koreańscy producenci wymyślili więc, jak zaoferować swoim klientkom kremowe, cięższe podkłady, ale szybkość i komfort nakładania jak przy podkładach w gąbeczce. Pojawiły się więc "tension pact", czyli podkłady, gdzie na kremie spoczywa nylonowa siateczka, zaś wacikowym aplikatorem "wyciskamy" odrobinę podkładu i nakładamy bezpośrednio na twarz.

Zalety:
1. Bardziej kremowe, nawilżające podkłady mogą trafić do takich produktów
2. Błyskawiczna i wygodna aplikacja

Wady:
1. Nie wygląda fajnie w opakowaniu - niestety takie wyciskanie przez siateczkę powoduje, że produkt szybko zaczyna wyglądać na rozbabrany...
2. Potencjalne problemy z wydostaniem całości produktu spod siateczki.

Wyciskane podkłady

 

Nie bardzo wiem, czy ten typ produktów powinien znaleźć się w tym artykule, ale są one w pewnym sensie kuzynami podkładów w gąbeczce - mianowicie podkłady wyciskane przez metalowe sitko. Mamy więc kremowy podkład, na którym siedzi metolowa blaszka z kilkoma otworami.

Ewolucje, innowacje i inne wariacje

Forma przechowywania produktu w gąbeczce doskonale sprawdza się również dla innych produktów. Kilka przykładów:

Kremy przeciwsłoneczne

Firma Etude House wypuściła produkt o nazwie Blind Cushion i jest to najwygodniejszy w aplikacji krem przeciwsłoneczny, jaki kiedykolwiek trafił w me łapki! CUDO! Aplikacja kremu przeciwsłonecznego na całą twarz zajmuje mi mniej jak 30 sekund. Nie trzeba się babrać i bawić w rozsmarowywanie i pilnowanie, czy nie porobiły się smugi. Bez problemu można wklepać taki krem na makijaż czy świeżo nałożony krem.

Róż na policzki

Coś dla osób, które chciałby nosić róż na policzkach, ale paranoicznie boją się, że nałożą za dużo. Róże w gąbeczce są bardzo transparentne i delikatne, łatwo je rozetrzeć tak, by wyglądały bardzo naturalnie. Zdecydowanie łatwiejsze w aplikacji, niż typowe róże w kremie.

Produkt do konturowania

Rarytas dla osób preferujących konturowanie kremowymi produktami! Może aplikacja wacikiem nie jest szczególnie precyzyjna, ale blendowanie takiego produktu zajmuje moment i bardzo łatwo uzyskać łagodne przejścia i gradienty.

Kuzyni z zachodnich firm

 

Firmy Maybelline i L'Oreal pokusiły się o własne wersje podkładów w gąbce. L'Oreal poszedł nawet o krok dalej i wypuścił kilka róży do policzków. Nie wiem, czy te podkłady oferowane są na całym świecie, czy tylko na wybranych rynkach. Furory raczej te produkty nie zrobiły, więc wątpię, by firmy pokusiły się o wyewoluowanie ich do etapu "tension".


Podsumowując...

Przez bardzo długi czas nie umiałam dla siebie nic znaleźć, jeśli chodzi o podkłady czy BB w gąbce. Przetestowałam ich naprawdę sporo: od tych najtańszych, po te droższe i zachwalane, jak np. z IOPE, ale nic nie robiło na mnie dobrego wrażenia. Mój główny problem z tymi podkładami polegał na tym, że zaraz po nałożeniu wyglądały jak marzenie, ale 3 minuty później, gdy wysychały, robiły się nie do zniesienia i potrafiły się zrolować lub ważyć. Niektóre były dla mnie zbyt połyskliwe, inne zaś zbyt białe; prawdopodobnie problemem dla producentów było wybalansowanie tlenku tytanu, używanego jako filtru (który strasznie bieli) z innymi pigmentami. Miałam względnie dobre doświadczenia z "Cover" firmy FaceShop, ale wielka miłość to nie była.

Pierwszy podkład, z którym naprawdę się polubiłam, to Pure Heals (marka siostra firmy BRTC), który był w formie gąbeczki mochi. Ten podkład kryje jak magia i dodatkowo ma przepiękny, blady kolor, który nie wygląda jak ściana. No i ta trwałość!

Ale prawdziwa miłość to "tension pact" z Etude House w postaci Any Cushion Cream Filter. Podkład może nie wygląda jakoś szczególnie powalająco na cerze - ot, wyrównuje kolor. Ale jest kremowy i niesamowicie przyjemny w noszeniu na cerze.

Testowałam też inne kremowe formuły z siateczką - mam Misshę i dwa podkłady SkinFood (Black Pomegranate i Vita Fit) i dla mnie sprawdzają się o wiele lepiej niż jakikolwiek podkład w gąbce. Może po prostu moja cera, która należy do suchych i dojrzałych, bardziej lubi się z kremowymi formułami. Ciężko nie docenić łatwości w ich nakładaniu.

Masz jakieś doświadczenia z podkładami tego typu? Jaka jest Twoja opinia na ich temat?

piątek, 4 listopada 2016

Najczęściej powtarzane KŁAMSTWO na temat kolagenu


Każdy ma prawo do swojej opinii. Ale jest solidna różnica między opinią a faktami. Są oczywiście tematy, gdzie nie da się poprzeć faktami, ze względu na ich brak, wątpliwe źródło lub trudny dostęp do nich. Ale w sytuacji, gdzie mamy masę udokumentowanych faktów, z naukowych źródeł, jak inaczej nazwać nie poparte faktami, aczkolwiek nagłaśniane opinie? Ja nazywam je kłamstwami.

Jednym z najczęściej powtarzanych kłamstw na temat kolagenu spożywanego w celach kosmetycznych, jest, że taki kolagen się nie trawi/nie wchłania (w sensie: jest rozkładany na bazowe aminokwasy, lub "przelatuje" przez układ pokarmowy). NIEPRAWDA.

Pierwsze badania nad wpływem spożywania kolagenu na nasz organizm prowadzono już w latach 90', choć wtedy motywacją były nie tyle jego kosmetyczne właściwości, co potencjał medyczny - np. czy kolagen może przyspieszać gojenie ran lub poprawiać jakość stawów? W 1999 Steffen Oesser (swego rodzaju "guru" badań nad kolagenem) udowodnił na modelach zwierzęcych, że specjalnie oznaczony kolagen podawany myszom, jest później wykrywalny w ich krwiobiegu jak i tkankach. Ale to był dopiero początek kaskady badań na temat wpływu konsumowania kolagenu na ludzki organizm. Badano między innymi wpływ konsumpcji hydrolizowanego kolagenu na osoby z osteoporozą (zaobserwowano pewne pozytywne efekty), wpływ na szybkość regeneracji mięśni po treningach siłowych (zaobserwowano, że osoby zażywające kolagen mają lepsze wyniki), na cellulit (zaobserwowano wygładzenie skóry u osób w normalnym przedziale wagowym po 6 miesiącach kuracji), oraz całą masę badań nad uelastycznieniem skóry. Kilka linków: klik, klik, klik

Wiedza na temat kolagenu idzie jednak dalej. Naukowcy wiedzą, że po skonsumowaniu hydrolizowanego kolagenu w krwiobiegu można wykryć dwie konkretne substancje. Badania nad tymi substancjami pogłębiają naszą wiedzę na temat mechaniki działania kolagenu oraz dlaczego nie każdy kolagen jest efektywny.
 
Podawane przeze mnie badania, są autentycznymi badaniami, uwzględniającymi grupę kontrolną i poszanowanie wszelkich zasad eksperymentów naukowych. Jak przy istnieniu tak miażdżącej ilości dowodów, że konsumowanie hydrolizowanego kolagenu ma pozytywny wpływ na elastyczność cery, jak i inne aspekty naszego zdrowia, jakim cudem, tylu "specjalistów" (nie raz z tytułem!) wypowiada się, że kolagen się nie przyswaja? Jasne, nie wystarczy rozpuścić w kubku łyżki żelatyny czy kupić byle produkt. By działać, cząsteczki hydrolizowanego kolagenu muszą być wystarczająco małe by przeniknąć barierę jelita (czyli muszą być mniejsze niż 5000 daltonów), a nie wszystkie firmy produkujące tego typu suplementy o to dbają. Dodatkowo są podejrzenia, że pewne typy kolagenu mogą być skuteczniejsze, niż inne typy.

Czasami naprawdę nie wiem, jak komentować kolejnego "specjalistę" plecącego farmazony, o tym, jak to kolagen zostanie albo rozłożony całkowicie na bazowe aminokwasy, albo przeleci przez układ pokarmowy. Takie teoretyzowanie nie jest poparte żadnym rozeznaniem, jedynie pychą i ignorancją wypowiadającego się. Ile osób, które potencjalnie mogłoby odnieść korzyści z konsumpcji kolagenu, zostało od niego odstraszanych przez takie naiwne wypowiedzi? Aż szkoda myśleć...

Jasne, ktoś może mi wytknąć, że ja sama żadnym "specjalistą" nie jestem. Ale mam w sobie wystarczająco pokory, by z tego względu nie tworzyć własnych wydumanych teorii, tylko powoływać się na autentycznych specjalistów i ich cytować. I specjaliści, którzy prawdziwie siedzą w temacie kolagenu, jednym głosem stwierdzają, że jest on przyswajany przez ludzki organizm drogą oralną i że ma pozytywny wpływ na elastyczność skóry. I nie jest to wniosek w oparciu o jakieś opracowanie czy widzimisię samozwańczego "eksperta", tylko o serię dokładnie przeprowadzonych badań naukowych.

piątek, 21 października 2016

Jak poprawnie używać masażera do twarzy?

Kilka lat temu pisałam o masażerach / rollerach do twarzy, które cieszą się relatywną popularnością na wielu azjatyckich rynkach urodowych. Można różne wariacje na temat tego urządzenia znaleźć w drogeriach czy w internecie.

Kiedyś myślałam, że urządzenie stosuje się, by osiągnąć ideał twarzy w kształcie litery "V"... i nie bardzo widziałam, jakim cudem taki masażer/roller miałby to osiągnąć - wszak daje tylko lekki nacisk.... Przyznam, że choć kupiłam kilka rollerów i kilka razy nawet pomiziałam się nimi po twarzy, odstawiłam je na bok i zapomniałam o nich na lata.

W tym czasie moja wiedza na temat twarzy i wielotkankowego podejścia do procesów starzenia bardzo się poszerzyła i kilka miesięcy temu dopiero oświeciło mnie, jak poprawnie używać takich masażerów! 

Na przestrzeni lat, wiele tkanek na naszej twarzy zmienia swoje położenie (tak zwana "migracja twarzy") - najbardziej widać to po policzkach, które z czasem zaczynają robić się bardziej opadnięte i nabierają nieregularnego kształtu. Przy nosie tworzy się zapadniecie (bruzda), które często nazywamy "zmarszczką od uśmiechania", zaś na poziomie ust lub delikatnie poniżej, pojawia się drobne wybrzuszenie. Za obie te zmiany odpowiadają przemieszczenia mieszczących się w naszej twarzy poduszeczek tłuszczowych. Nie tylko przemieszczają się one w dół, ale też zmieniają kształt: z relatywnie płaskich, przybierają kształt bardziej łezkowaty i rozciągnięty. 


 

Masaże twarzy często mają za zadanie "upchnięcie" tych poduszeczek z powrotem na miejsce. Masażer do twarzy może być wykorzystany w podobny sposób i pomóc z przesunięciem oraz przywróceniem poduszeczkom pożądanego kształtu.

Dwa ruchy rolerem które warto znać:

1. Masaż "buccal fat", czyli położonych niżej w policzku poduszeczek tłuszczowych:


Warto dopasować ten ruch do indywidualnych potrzeb. Powinien się mniej więcej zaczynać pod kącikami ust. Pomaga on wyszczuplić pojawiające się z wiekiem "chomicze" policzki i zachować młodzieńczy kontur twarzy.

2. Masaż "malar pad" czyli położonych na wysokości kości policzkowcyh poduszeczek tłuszczu:


Ten ruch pomaga podnieść opadające górne części policzka i złagodzić bruzdę nosowo-ustną. Masaż nie powinien polegać na masowaniu bezpośrednio pod kością policzkową, tylko delikatnie na nią wchodzić i uciskać ją ku górze. Nie jest to łatwy ruch i nie każdy roller będzie w stanie go wykonać, ale warto nauczyć się, jak go wykonywać!

Te dwa masaże to idealny sprzymierzeniec w walce z migracją twarzy. Ja stosuję te ruchy jako uzupełnienie masażów z książki "Chirurgia Plastyczna w Twoich rękach" oraz elastycznej opaski. Mam roller odłożony na biurku i kiedy w ciągu dnia pracuję, sięgam po niego w ramach przerwy. Nie poświęcam zbyt wiele czasu na takie rolkowanie, ponieważ mam wrażenie, że ważniejsze jest, by wykonać poprawny ruch i wykonywać masaż regularnie. Kilkadziesiąt sekund dziennie spokojnie wystarcza.

Doskonałym dopełnieniem powyższych ruchów jest masaż węzłów limfatycznych na szyi, co pomaga zwalczyć opuchliznę twarzy:


Można też używać rollera do wyszczuplenia końcówki nosa:

Jak i na linii żuchwy (choć akurat to chyba najmniej skuteczny ruch, ale dobre dopełnianie innych zabiegów czy masaży):

Gdzie zdobyć roller do twarzy?

Rollery do twarzy są zazwyczaj bardzo tanie i ich nabycie nie powinno być problemem. Można je bez problemu znaleźć na Allegro, Aliexpress i im podobnych miejscach. Klienci Azjatyckiego Bazaru mogą odebrać masażer jako prezent do zamówienia (wiem, że wiele osób jest bardzo skonfundowanych, dlaczego "gratis" można odebrać tylko przy zakupach powyżej 0 PLN - zakup i koszt wysyłki są pokrywane z marży zakupionego produktu). 

Podsumowując... polecam! To tanie, małe i łatwe w użyciu urządzenie, które jest doskonałym sprzymierzeńcem w walce z migracją twarzy. 

Dodam jedynie, że nie wierzę, że masażer zdziała cokolwiek dla osób o naturalnie pucułowatych policzkach. Kosmetyki, masaże i ćwiczenia dobrze współpracują z naszą twarzą, ale próby zmiany jej, to walka z naturą, która nie jest dobrym pomysłem... Przynajmniej z mojej perspektywy.

Dajcie znać, czy próbowałyście już takiego masażera :D

środa, 19 października 2016

Jak radzę sobie z moją ekstremalną bezsennością

Prawdopodobnie przez mój Tweet, wiele osób ostatnio pyta mnie o moją bezsenność. Dlatego chciałabym Wam opowiedzieć jak to u mnie wygląda i jak sobie z tym radzę.


Bezsenność to integralna część mojego życia odkąd pamiętam. Nawet jako dziecko, pamiętam noce spędzone w ciemnościach, nasłuchując, jak cały dom kładzie się do snu, aż do samego rana, gdy woźny wychodził na chodniki zgarniać śnieg. 

To nie jest tak, że moje ciało i umysł nie potrzebują snu - ale mój rytuał spania nie przystaje do przyjętych standardów społecznych. Im bardziej próbuję zmusić się do spania w "normalnych" godzinach, tym bardziej mój cykl spania staje się zaburzony - pojawiają się bezsenne noce i problemy z produktywnością.

Moje ciało ma naturalnie wbudowany mechanizm spania od około 3 nad ranem do 10:30 rano. Jeśli położę się spać o 3, zasypiam natychmiastowo. Jeśli mogę spać do 10:30 nie muszę nastawiać zegarka - punktualnie o 10:30 obudzę się, wyspana i pełna energii. Mi najlepiej śpi się właśnie wczesnym porankiem - kiedy za oknem jest jasno i słychać odgłosy aktywności, jak brzęk naczyń w kuchni czy kroków na chodniku. 

Jest tylko jeden problem: nie da się funkcjonować w społeczeństwie śpiąc w tych godzinach, więc całe życie walczę z tym naturalnym zegarem. Im bardziej z nim walczę, tym więcej mam problemów.


Najgorsze jest niezrozumienie otoczenia - większość osób odbiera moje problemy ze spaniem jako wydumane, bo przecież oni mogą po prostu się położyć i zasnąć. Większość osób doświadcza okazjonalnej bezsenności, ale ilość osób takich jak ja, borykających się z tym problemem całe życie, każdej nocy, jest relatywnie mało. I mało kto chce nas wysłuchać, zamiast zalewać nas morzem bezużytecznych rad, które przerabialiśmy po tysiąc razy.

Kiedy mówię, że próbowałam wszystkiego, mam to na myśli. Od ziołowych herbatek, mleka i syropów, po odstawienie kofeiny i innych stymulujących napojów i pokarmów, po techniki oddychania, liczenia i wizualizacji, kąpiele z różnymi specyfikami, joga, medytacja, odstawianie elektroniki... Próbowałam też tabletek z melatoniną, ale je mogę łykać jak dropsy. Wszystko próbowałam i nic nie działa. Proszę, oszczędźcie mi kolejnych bezużytecznych rad. 

Jedyne, czego nie próbowałam, to silnych tabletek, które może przypisać lekarz. Bo prawda jest taka, że depresanty, mają skutki uboczne, które moim zdaniem nie są tego warte... Bo sedno problemu bezsenności dla mnie nie tkwi w samej bezsenności, tylko dopasowaniu mojego wewnętrznego zegara do oczekiwanych przez otoczenie "typowych" godzin spania.



Moje ciało chce spać tylko w tych konkretnych godzinach i gdy próbuję zmusić się do spania w "normalnym" trybie, wtedy robi się tylko gorzej. Jeśli przez kilka dni pod rząd wstaję o 7 rano, moja produktywność spada do zera i plączę się po świecie jak zamulone zombie. Prędzej czy później, zapadnę w ciągu dnia w drzemkę - kilka razy zdarzyło mi się, że "urwał mi się film" ze zmęczenia przy biurku w pracy czy szkole. Po takiej drzemce, jest praktycznie gwarancja, że w nocy nie zasnę wcale. Moje ciało "restartuje" cały dzień i zakłada, że zaczął się on od momentu drzemki. Czekają mnie wtedy bezsenne noce, jeszcze bardziej przymulone dni, jeszcze większe problemy z drzemkami... Aż do momentu, gdzie mogę wyspać się w "swoich" godzinach.

Lata szkolne to był dla mnie koszmar, ponieważ lekcje zawsze zaczynały się o 8 rano. Przez całe liceum chodziłam spać koło 1-2 w nocy i przez kilka pierwszych godzin "umierałam" w ławce szkolnej. Za każdym razem, gdy jakiś przedmiot pojawiał się w planie lekcji rano, automatycznie dostawałam z niego gorsze oceny. Jeśli coś odbywało się po południu, automatycznie szło mi lepiej.

Najgorszą radą, jako często otrzymuję, to by kłaść się do łóżka wcześniej. Jeśli położę się spać o północy, o 3 nad ranem, jestem już tak wynudzona i udręczona leżeniem w ciemności, że nie ma szans na sen. Wtedy godziny spania jeszcze bardziej się przesuwają. Może po prostu po latach bezsenności i "zmuszania się" do leżenia w łóżku, leżenie w ciemnościach i czekanie na sen napawają mnie swego rodzaju paniką, która bardzo pobudza mój układ nerwowy. Dla mnie najlepszą techniką jest po prostu poczekanie wieczorem na moment, w którym robię się naturalnie senna i wskoczenie do łóżka dokładnie w tym momencie.

Moje ciało ma zakodowane, że sen zaczyna się około 3 nad ranem i mogę do tej godziny siedzieć przy komputerze w pełni oświetlonym pokoju, ale jak tylko zbliża się 3, nagle robię się senna i mogę iść spać. Mogę też siedzieć z książką przy lampce, lub przy rysunku, albo nawet w ciemnościach słuchać radia, medytować, robić techniki oddechowe, itp - nie ma znaczenia, senność nie przychodzi wcześniej.

Przyznam, że życie z tak ekstremalną przypadłością nie raz było dla mnie ogromnym problemem. Bo żyjemy w społeczeństwie, które celebruje wstawanie jak najwcześniej. Sama idea "odwal pracę/szkołę/obowiązki jak najwcześniej i potem miej czas dla siebie" jest czymś, co wiele osób uznaje za atrakcyjne (choć moim zdaniem żyjemy w czasach, gdzie praca i życie się bardzo przeplatają, ale to temat na inny wpis...), więc jest ciśnienie, by zaczynać dzień jak najwcześniej. Guru produktywności będą doradzać, by wstawać jak najwcześniej. Wszyscy, którzy potrafią spać na zawołanie, będę Ci wmawiać, że jesteś po prostu leniem... 

Ale czy naprawdę wszyscy jesteśmy zaprogramowani, by wstawać przed słońcem? Kiedyś spotkałam się z teorią, że populacje, które wykształciły genetyczną różnorodność, predysponującą jednostki w grupie do różnych cyklów spania, miały lepsze szanse na przeżycie - jeśli choćby drobna część grupy czuwała w nocy bez zasypiania, mogli oni pełnić rolę stróżów, zwiększających bezpieczeństwo grupy w czasie snu. Czy mój nietypowy wewnętrzny zegar jest efektem takiego genetycznego dopasowania? Być może.

Na szczęście, dla osób jak ja, są opcje. W Singapurze, gdzie pracę traktuje się jako bardzo ważny element życia (niż coś co się "odwala"), ludzie zasadniczo siedzą w biurze do późna. A im dłużej się zostaje w biurze, tym trudniej jest pojawić się następnego dnia z samego rana. Na przestrzeni lat, pod wpływem nacisku pracowników, coraz więcej firm w Singapurze pozwala na "flexi time", czyli ogłaszają kluczowe godziny, w których pracownicy mają być w biurze (zazwyczaj jest to kilka godzin wczesnego popołudnia), ale resztę godzin pracy ustala się sobie samemu. Znam więc osoby, które zaczynają pracę o 7 i kończą o 16stej (w Singapurze jest 9-cio godzinny dzień pracy), jak i te, które zaczynają o 11 i kończą o 20stej. Wiele firm pozwala też na pracę z domu, więc można dosłownie wstać i od razu usiąść do pracy, zamieniając czas poświęcany na transport, na czas poświęcany na sen.

Dla osoby jak ja, taka elastyczność jest zbawieniem. Choć na co dzień staram się mimo wszystko zaczynać pracę o 9, by móc skończyć przez 6 i mieć czas wieczorem na dodatkowe zajęcia (np. z malowania, albo szkołę językową, itp.), przez to, że cały czas cisnę na swój wewnętrzny zegar, zdarzają mi się regularnie dni, gdzie fizycznie nie jestem w stanie rozpocząć pracy tak wcześnie, korzystam z elastyczności czasu pracy i przesuwam poranną część zadań na wieczór.

Na szczęście, życie w Singapurze też toczy się do późna - bez problemu można zrobić zakupy wieczorem, bo sklepy są standardowo otwarte każdego dnia (nawet w niedzielę) do 22:00 (obojętnie, czy spożywcze, ubraniowe, księgarnie, itp.), tak samo miejsca z jedzeniem, kina, restauracje, siłownie, itp. Przyznam, że bardzo z tego korzystam i przeraża mnie wizja życia w kraju, gdzie wszystko zmyka się o 16 czy 17.

Jedyne, do czego chciałabym zachęcić osoby, borykające się z tym samym problemem co ja, to do większej akceptacji siebie. Ja przez lata próbowałam na siłę zmienić swoje ciało, by dopasować się do społecznych oczekiwań. Czułam się winna, że nie potrafię tak jak inni, spać w "typowych" godzinach. Faszerowałam swoje ciało ziołami, po których mnie muliło. Odmawiałam sobie ulubionej kawy i sprawiających mi przyjemność aktywności, w nadziei, że będę mogła spać "normalnie". Traciłam czas na medytacjach, technikach oddechowych czy wizualizacjach... kiedy najprostszym rozwiązaniem była po prostu akceptacja faktu, że nigdy nie będę spać jak większość społeczeństwa. Kiedy zaczęłam układać plan dni i tygodnia z uwzględnieniem tego faktu, mogłam w końcu zacząć żyć normalnie, a nie w ciągłej mgle zmęczenia. 

Jasne, nie każdy kraj ma kulturę pracy, oferującą wystarczającą elastyczność, by dać szanse osobom takim jak my, więc czasami emigracja jest jedynym wyjściem.  Nie każde miejsce pracy oferuje elastyczność godzinową, więc podejmując wybory karierowe, warto szukać zawodów, które takową oferują.  Życie w kraju bez pór roku i ruchomych godzin jest bardzo pomocne by wypracować sobie system zarządzania godzinami spania.

Inny problem to szkoła czy studia, gdzie jesteśmy skazani na funkcjonowanie w godzinach, które ktoś ustala za nas, ale szkoła nie trwa wiecznie.

Jedyne, o co proszę, to by oszczędzić nam tutaj "dobrych rad". Jeśli jesteś osobą, która swoja okazjonalną bezsenność potrafi zwalczyć kubkiem ciepłego mleka czy jakąś przyjemną wizualizacją, to jesteś szczęściarzem. Ale takie rady dla ekstremalnych insomniaków są zwyczajnie nieuzasadnione. 

poniedziałek, 10 października 2016

Wszystko o ZMARSZCZKACH

Na wypadek, gdyby ktoś przegapił serię filmików o zmarszczkach, zapraszam do pooglądania:




Jeśli interesują Cię filmiki o technikach dbania o urodę, zapraszam do subskrypcji kanału Azjatycki Cukier na YouTube.


środa, 5 października 2016

Jak naturalnie podnieść opadającą powiekę?


Na tym blogu wielokrotnie pisałam o wpływie, jakie na naszą twarz mają leżące pod skórą mięśnie, jednak skupiałam się głównie na oczach i czole, gdzie w pierwszej kolejności widać efekty degradacji kurczliwości mięśni twarzy. Ale na tym nie kończy się opowieść o duecie mięśni i skóry.

Chciałam dzisiaj poruszyć temat jak podnieść opadające z wiekiem powieki. Podkreślam, że przedstawione tu metody są skuteczne tylko i wyłącznie w przywracaniu twarzy naturalnego stanu, nie zmienieniu jej, więc pisać będę głównie o zmianach zachodzących z wiekiem.

O co chodzi z tymi mięśniami twarzy?


Jeśli jesteś na tym blogu po raz pierwszy, zapraszam do zapoznania się z poniższym podrozdziałem. Jeśli znasz teorię wielotkankowego podejścia do procesu starzenia, zapraszam do kolejnego rozdziału poniżej.

To, jak wygląda nasza twarz, nie jest tylko kwestią skóry. Skórę widzimy, więc łatwo się na niej skupiać i zakładać, że każda zmarszczka, bruzda czy zmiana w kształcie twarzy jest kwestią zmian w stanie skóry. Jednak skóra nie jest "gorsetem", utrzymującym kształt naszej twarzy. Jest w najlepszym wypadku wygodnym "ubraniem", oddającym kształt tego, co dzieje się pod nią.

Aby móc wyrażać naszą mimikę, skóra twarzy jest przytwierdzona w dużej mierze do leżących pod nią mięśni. Nigdzie na naszym ciele drobny skurcz mięśni nie wywołuje tak widocznej reakcji skóry, jak na naszej twarzy, ponieważ tylko na twarzy nasze mięśnie i skóra działają w tak bliskim połączeniu.

Nasze mięśnie twarzy są wyjątkowe i bardzo różne od mięśni w innych miejscach naszego ciała. Na całym naszym ciele mięśnie przytwierdzone są do kości, zaś w ramach naszej twarzy, bywają również przytwierdzone do siebie nawzajem; na przykład mięsień okalający nasze usta jest "zawieszony" na innych mięśniach i skórze.

Dodatkowo, mięśnie twarzy nie działają w tandemach mięśni rozkurczających i zaciskających. Gdy chcemy rozciągnąć biceps, zaciskamy triceps i vice versa. Jednak dla mięśni twarzy, muszą one często polegać na grawitacji oraz swojej własnej sprawności, by się rozkurczyć.

Z wiekiem sprawność naszych mięśni ulega zmianom - stają się słabsze i tracą naturalną zdolność kurczenia się i rozluźniania. Mięśnie na naszych policzkach wydłużają się i słabną. Mięśnie przy oczach oraz czole potrafią się zbyt mocno zaciskać, nadmiernie marszcząc położoną na nich skórę.

Botoks jest iluzorycznym "rozwiązaniem", które tylko trwale pogarsza sytuację. Mięśnie tracą zdolność do naturalnego kurczenia się i rozkurczania, ponieważ tracą sprawność. Unieruchomienie ich chemicznie tylko przypieczętowuje ich atropię. Nie wspominając o fakcie, że ściąganie brwi razem ma też wymiar praktyczny - to gest, który wykorzystujemy, by ochronić oczy na przykład przed kroplami deszczu czy ostrym światłem. Pozbawienie się mimiki w tej części twarzy jest nie tylko mało strategicznym zagraniem, ale też może mieć potencjalnie niebezpieczne efekty.

Dlaczego powieki opadają?


System mięśni, okalających oczy oraz składających się na czoło, jest bardzo skomplikowany - wiele mięśni wzajemnie się przeplata i jest do siebie przyczepionych. Jest to też pełna ekspresji część naszej twarzy, więc mięśnie zaciskamy często bardzo intensywnie na bardzo długi czas, zapominając je rozluźnić.

Jednym z mięśni, którego używamy najczęściej, jest mięsień ściągający brwi razem. Przyczepiony jest on do mostka nosa, po czym jego włókna ciągną się poziomo, przeplatając się z mięśniami okrężnymi oka, aż do okolicy pod łukiem brwiowym, gdzie mięsień przyczepiony jest do skóry. Gdy napinamy ten mięsień, staje się on krótszy i przyczepione do niego mięśnie i skóra przesuwają się do centrum twarzy ku miejscu, gdzie mięsień jest przyczepiony.


Efekty tego kurczenia się łatwo zaobserwować na powiece: gdy ściągamy brwi (jedynie brwi, bez angażowania mięśni czoła, by je unieść), brwi zbliżają się do siebie, cała brew "skraca się", zaś powieka przysłania załamanie oka, niczym firanka zawieszona na brwi i zahaczona o zewnętrzny kącik oka. Jeśli mięśnie Twojej twarzy są bardzo sprawne i potrafią się łatwo napinać i rozkurczać, efekt ten będzie bardzo łatwo obserwowalny.

Wiele osób, których dotyka problem opadającej powieki, wyrabia sobie nawyk podnoszenia brwi poprzez napinanie mięśni czoła. Nie jest to dobry nawyk, nie tylko dlatego, że prowadzi do zmarszczek na czole, ale może też być przyczyną bólów głowy, jak i wrażenia zmęczenia i ociężałości twarzy.

Opadająca powieka z czasem może stać się problemem natury medycznej, jeśli zacznie przysłaniać pole widzenia.

Jak naturalnie podnieść opadającą powiekę?

Ponieważ przyczyną opadania są mięśnie, najskuteczniejszym jest zacząć od próby przywrócenia im ich naturalnego poziomu sprawności. Mięśnie oka, czoła i brwi, nie mają problemu z kurczeniem się - to rozkurczanie jest problemem. Im lepiej mięśniom będzie szło rozkurczanie się, tym częściej będą mogły wykonywać naturalny cykl kurczenia i rozkurczania się, i budować swoją sprawność.

By pomóc mięśniom się rozkurczyć, warto sięgnąć po proste techniki masażu. Po nałożeniu na twarz olejku lub bardzo poślizgowego kremu, polecam wykonać następujące:
- Przyłożyć palce do czoła i delikatnie rozmasować je ruchami od góry do dołu
- Przyłożyć palce wskazujące do mostka nosa i przeciągnąć je do zewnątrz po brwiach
- Przyłożyć palce do brwi i rozmasować je delikatnymi, kolistymi ruchami
- Przyłożyć palce do zewnętrznych kącików oczu i delikatnie rozmasować kolistymi ruchami

Celem jest zrelaksowanie mięśni i warto skupić się na uczuciu, które wywołuje masaż. Jeśli będziesz w stanie przywołać relaksację "na zawołanie", bez potrzeby masowania, będziesz w stanie dbać o mięśnie twarzy bardzo skutecznie.

Wspomóc można się również produktami z acetylhexapeptide - substancją, którą można nakładać na skórę i która bardzo delikatnie w sposób nietrwały rozkurcza mięśnie pod skórą. O ile botoks paraliżuje mięsień, uniemożliwiając mu odbudowanie naturalnej sprawności, o tyle acetylhexapeptide jedynie delikatnie rozkurcza, pozwalając dalej się zaciskać. Efekt nie jest trwały, więc można łatwo regulować jak silne rozluźnienie nas interesuje, zmieniając częstotliwość i ilość aplikowanego produktu.


Moim ulubionym produktem tego typu jest serum Sidmool, które zawiera również czynniki wzrostu skóry, więc nie tylko pomaga dbać o mięśnie twarzy, ale też o leżącą na nich skórę. Uwielbiam nakładać go i wmasowywać opisanymi wyżej ruchami. Stosuję taki masaż tylko kilka razy w miesiącu, ale kiedyś musiałam stosować prawie codziennie. Na szczęście udało mi się na tyle odbudować sprawność mięśni twarzy, że ich rozkurczanie przychodzi mi teraz ze względną łatwością.

Ponieważ mięsień ściągający brwi jest przyczepiony do skóry mniej więcej na wysokości pod łukiem brwiowym, aplikowanie tam produktów z acetylhexapeptide jest bardzo skuteczne i może być stosowane bez dodatkowych technik masażu. Wystarczy wklepać odrobinkę raz lub dwa razy dziennie i po kilku dniach brew zacznie się naturalnie podnosić.

A co z naturalnie opadającymi powiekami?


Opisana powyżej metoda działa, jeśli przyczyną opadania są problemy z mięśniami twarzy. Masaże czy serum nie wywołają żadnej zmiany u osoby, która ma naturalnie sprawne mięśnie i opadająca powieka jest efektem anatomii twarzy. Kosmetyki są doskonałym wyborem, kiedy chcemy przywrócić twarzy jej naturalny potencjał, jednak zmienianie anatomii to domena chirurgii plastycznej.

Jak poprawić jakość skóry powieki?


Często w tandemie z problemem opadania powieki idzie utrata jakości skóry. Staje się nadmiernie cienka (może się nawet zacząć odbarwiać), pomarszczona i źle znosi nakładanie makijażu. Niestety jest to bardzo trudny obszar do pielęgnacji - skóra w tym miejscu nie tylko dużo się rusza i naciąga wraz z naszą naturalną mimiką, ale też często "dręczymy" ją zbyt brutalnymi technikami demakijażu, trzemy oczy, itd.

Co więc można zrobić? Kilka pomysłów:

  • Rozważyć dobrej jakości kolagen do spożywania (cząsteczki powinny być mniejsze niż 5000 daltonów, zaś dawka dzienna nie mniejsza niż 2500 mg). Kolagen to udowodniony naukowo sposób na zmotywowanie skóry całego ciała do produkcji własnych struktur kolagenowych i obszar oczu reaguje naprawdę dobrze na kolagen. Ja polecam kolagen firmy Avalon, bo wiem, że jego cząsteczki są wystarczająco małe, by mogły być przyswojone.
  • Zamienić mleczko/żele/płatki do demakijażu na demakijaż olejkiem. Dobrej jakości oleje do demakijażu są niesamowicie skuteczne w rozpuszczaniu nawet najbardziej trwałych i wodoodpornych tuszów do rzęs, silikonowych baz pod makijaż, itp. Polecam zainwestować w olejek do demakijażu oparty na oliwie z oliwek, bardziej niż na oleju mineralnym, gdyż ten drugi potrafi zostawiać nieprzyjemny film na oczach i skórze. 
  • Zainwestować w okulary przeciwsłoneczne, zakrywające całe oczy z filtrem UV. Nic nie niszczy skóry jak słońce, zaś skóra przy oczach, która jest z natury cienka i wyjątkowo trudna do pokrycia filtrem przeciwsłonecznym, jest wyjątkowo narażona.
  • Wyrobić sobie dobre nawyki mimiczne: unikać tarcia oczu (jeśli problemem jest suchość oczu, dużo lepszym pomysłem jest użycie kropli nawilżających).

A co z tasiemką, klejem, itp.?


Swego czasu wierzyłam, że opadającą powiekę można "podnieść" używając tasiemek czy kleju, jakie niektóre kobiety w krajach Azji używają do manipulacji kształtem powieki. Jednak problemem opadania powieki nie jest sama powieka, tylko obniżająca się brew. Nawet jeśli jakimś produktem "wymusimy" przesunięcie się załamania wyżej, niż jest ono naturalnie, nie rozwiązujemy problemu i potencjalnie dręczymy delikatną cerę w tym regionie. Gadżety tego typu jednak lepiej działają na osobach, które mają oczy typu "monolid", a nie problem z opadającą powieką.

Inne wpisy z podobnej tematyki:




czwartek, 22 września 2016

Azjatycki Cukier - Autobiografia



Chciałam się dzisiaj podzielić trochę myślami na temat mojej "kariery" jako osoba publiczna w ramach mediów społecznościowych. Chciałabym Wam opowiedzieć jak ta droga wyglądała dla mnie i być może naszkicować trochę, jak widzę to dalej.

W 2008 przyjechałam do Singapuru i w listopadzie rozpoczęłam pracę w agencji marketingowej, jako specjalista od marketingu w mediach społecznościowych. To były czasy, gdy idea mediów internetowych zaczynała przybierać na znaczeniu - Internet w domach stał się normą, pojawiły się pierwsze smartfony podłączone stale do sieci 3G, potaniały aparaty cyfrowe, więc więcej osób mogło brać udział w tworzeniu treści, które trafiały do sieci.

Pierwszy blog i doświadczenie w mediach społecznościowych


W ramach mojej pracy przyszło mi więc przyglądać się blogom i wykluwającym się gwiazdom Internetu. By lepiej móc prezentować w pracy pomysły związane z mediami społecznościowymi, miałam konto chyba na każdej platformie: od Friendstera po Twitter. Dużo w tym czasie mówiono o wzrastającym znaczeniu blogów, więc i ja założyłam swój pierwszy anglojęzyczny blog (już niestety nie istnieje).

Mój anglojęzyczny blog był dość mało innowacyjny - pisałam głównie o zakupach kosmetycznych i ciuchowych, nawet kupiłam aparat cyfrowy i próbowałam sobie robić nim zdjęcia. Aż ciężko się nie uśmiechnąć na wspomnienia "starych czasów", gdy aparaty nie miały ekranów, które można było wywinąć do przodu, tylko robiło się "selfki" na ślepo, licząc, że coś z tego wyjdzie ;).

Mimo kiepskiej jakości bloga, szybko został podchwycony przez lokalne agencje, wygłodniałe możliwości promowania produktów swoich klientów. Moje doświadczenia ze sponsorowanymi produktami były... tragiczne. Nie umiałam się dogadać ze sponsorami, nigdy nie byłam zadowolona z oferowanych produktów i ogólnie w efekcie tego chandryczenia się, szybko doszłam do wniosku, że nie chcę robić sposnoringów. Nigdy.

Pisanie anglojęzycznego bloga było jednak mało satysfakcjonujące. Moje zainteresowania nie bardzo pokrywały się z zainteresowaniami Singapurek. Wszystko, co dla nich było codziennością i "oczywistą oczywistością", dla mnie było fascynujące. Odkrycie "circle lens", czy upolowanie podkładu w jasnym kolorze, sprawiało mi ogrom radości i chciałam się tym z kimś podzielić. Ale mój blog przyciągał zamiast innych kobiet... lokalnych mężczyzn, zafascynowanych moją "egzotycznością", którzy, choć zawsze mieli dla mnie sporo komplementów, nie mieli nic ciekawego do powiedzenia w temacie mojego bloga.

Blog "Azjatycki Cukier"


W początkowych latach, by w ogóle było nas stać na wynajem, wynajmowaliśmy mieszkanie na peryferiach. Codziennie sporo czasu upływało mi w transporcie, dopiero budowaliśmy swoją siatkę społeczną. Zaczęło mi brakować kontaktu. Takiego zwykłego, błahego gadania. Nawet o kosmetykach, fryzurach i takich tam... Chciałam komuś opowiedzieć o moich odkryciach, jak choćby "circle lens" czy wielgachnych, doklejanych rzęsach i pomysłach z kolorowych gazet. Tak w maju 2010 powstał blog Azjatycki Cukier.

Ponieważ wtedy jeszcze nie było takiego nacisku, by się nie promować samemu na forach, umieściłam link do bloga w moim profilu na forum wizaz.pl i po około miesiącu, blog zaczął zyskiwać publiczność. W czerwcu wrzuciłam kilka filmów na YT, które spotkały się ze sporą aprobatą.
Pierwszy filmik

Te pierwsze miesiące wspominam jako dość... dziwne. Jako dziewczyna mieszkająca w Polsce, uchodziłam za "szaraczka", nic szczególnego, ot dziewczyna, jak tysiące innych. Komplementy prawione przez mężczyzn w Azji są zawsze tylko z fascynacji moją relatywną egzotycznością. Jednak od pierwszego dnia na YT, 90% komentarzy jakie dostawałam zawsze było komplementami. Dla kogoś, kto nigdy nie myślał o sobie w tych kategoriach, było to dziwnym doświadczeniem.

Praca w korporacji

W listopadzie 2010 rozpoczęłam zatrudnienie w nowym miejscu. Nowa pozycja w bardzo dynamicznej firmie i kontynuacja wynajmu na peryferiach dość uszczupliły ilość czasu, jaki mogłam przeznaczyć na moją działalność, ale w 2011 roku, zarówno kanał i blog kontynuowały swój wzrost. Za namową publiczności, mówiłam trochę więcej o życiu w Singapurze, pokazywałam przepisy na ciasta oraz kontynuowałam wątek kosmetyczny.

W listopadzie 2011 roku na kanale pojawił się pierwszy vlog... i spotkał się z bardzo.. ekhem... słabym przyjęciem xD. Tak, jestem miałczliwą, egzaltowaną osobą, która zachowuje się "dziwnie" i którą bawią błahe rzeczy. Choć już wcześniej kilka osób zwracało uwagę na mój wysoki głos, chyba nikt się nie spodziewał, że na co dzień jest tak wysoki.

Pierwszy "vlog"
Mimo wszystko, dobrze wspominam te czasy. Praca w korporacji wiele ode mnie wymagała, zwłaszcza pod kątem kreatywnym, więc blog był doskonałą odskocznią od działalności zawodowej.

W kwietniu 2011 roku, firma przeniosła się na peryferia, rozpoczynając jeden z trudniejszych okresów w moim życiu. Przez nietrafną konfigurację tras transportowych, dziennie zdarzało mi się spędzać ponad 2,5-3 godzin w komunikacji miejskiej. Nagle nawet tak proste sprawy, jak wyjścia na siłownie czy zakupy, stały się małymi wyprawami. Nie mogłam spotkać się na lunch lub kolację ze znajomymi, którzy wszyscy pracowali w centrum.

Mam zasadę, której przestrzegam bezwzględnie - nie koleguję się z osobami w pracy. Nie chcę brać udziału w ploteczkach i wewnętrznych zagrywkach. Nie obchodzi mnie kto kogo lubi i kto co myśli o tej, czy innej osobie, jej sukience czy zachowaniu. Mnie interesuje tylko, czy działamy jako zespół i praca idzie do przodu. Mogę być z kimś blisko tylko jeśli nie ma między nami żadnej zależności zawodowej.

W związku z tym, przez cały ten czas działalność na blogu i kanale YT oferowała mi sporo pozytywnych odczuć. Obojętnie jak izolująca była nowa sytuacja, zawsze miałam moje internetowe siostry, przyjaciółki i znajome, które oferowały wsparcie, swój humor, interesujące uwagi. Zawsze coś się działo, zawsze były jakieś pytania, pomysły, czasami kłótnie i kontrowersje - ale mimo wszystko, te rzeczy były czymś, co wzbogacało moje życie.

Skoro praca w tej firmie była tak przygnębiająca, czemu nie odeszłam? Dałam się skusić wizją sukcesu. Radziłam sobie naprawdę dobrze, więc head hunterzy zaczęli zapraszać mnie na rozmowy.
Gdy zatrudniająca mnie wtedy firma zorientowała co się dzieje, zaproponowali awans na szczebel menadżera regionalnego i podwojenie pensji. Skusiłam się i zostałam, na dobre wchodząc w jeden z najgorszych okresów w moim życiu.

Radzenie sobie dobrze zawodowo nigdy nie wynagrodzi wszystkiego innego. Pod wszystkimi względami "osiągnęłam sukces", jednak ten sukces nie był tym, czego oczekiwałam. Nagle przyszło mi pracować bezpośrednio z samym CEO, który walił tekstami w stylu "musisz być gotowa umrzeć dla firmy", po czym pakował się do swojego Jaguara i jechał na lotnisko, by wyruszyć na 3 tygodniowe wakacji na luksusowej wyspie ze swoją dziewczyną. Ja zostawałam w tyle, marnując czas na transport i czując, jakby życie się zatrzymało w miejscu.

Rozwój kanału YT i poszerzenie tematyki

 

W 2012 roku ośmielona zachętami widowni, zaczęłam drążyć głębiej tematy związane z życiem w Singapurze, starając się wprowadzać treści bardziej personalne. Nikt nie jest w stanie przygotować Was na to, co się dzieje, gdy stajecie się "osobami publicznymi". Nie ukrywam, że miało to swoje zalety - kontakt z innymi, na którym tak mi zależało u początków mojej twórczości, osiągnął bardzo satysfakcjonujący poziom. Im więcej pozwalałam siebie poznać, tym więcej szczerości i otwartości widownia oferowała w zamian. Jednym z przełomowych momentów kanału, było gdy nagrałam filmik "5 faktów o mnie", w którym mówiłam między innymi o problemach z pisaniem zgodnie z zasadami ortografii.

Przyznanie się do słabości i wad z jednej strony pozwala zbliżyć się do innych, ale... Każdy z nas ma swoje wady i zalety, rzeczy z których jest dumny i te mniej chwalebne. Gdy z całego zestawu personalnych niuansów i doświadczeń, wybieramy tylko kilka i nagłaśniamy je, analizujemy, przyglądamy się im, łatwo zgubić perspektywę i założyć, że życie innej osoby składa się tylko z tych elementów. Poznajemy się bliżej, ale oddalamy się jednocześnie.

Kontakt, który wykształcił się na fali tej otwartości, choć cenny i odżywczy, potrafi się stać zbyt intensywny. Im więcej informacji zostaje wymienionych, tym trudniej utrzymać je w całości. Kawałki wykruszają się, przeinaczają, gubią gdzieś w natłoku informacji i naturalnych ograniczeniach komunikacji. Zaczęłam nagminnie obserwować pod moimi filmikami dziwne tango - co bardziej ciekawskie (wścibskie?) osoby z publiczności, by "wymusić" na mnie zeznania z nawet najbardziej intymnych sfer mojego życia, pisały prowokujące oskarżenia. Na przykład osoba, chcąca wymusić szczegółowe informacje o tym, skąd mieliśmy pieniądze na bilety lotnicze do Singapuru, pisała "Rodzice zasponsorowali Ci wyjazd!", oczekując, że sprostowując tą błędną wypowiedź, wyjawię szczegóły, skąd i ile mieliśmy pieniędzy na wyjazd. Jeśli nie sprostowałam, ani nie usunęłam tego typu "zaczepek", po kilku miesiącach, trafiały do mnie komentarze "gdzieś czytałam, że rodzice zasponsorowali Ci wyjazd, nie pamiętam gdzie, ale gdzieś na Twoim blogu....", pisane przez osoby, które szczerze nie wyłapały, że ta informacja była tylko prowokacją i nie pochodziła ode mnie.

O ile wcześniej miałam wrażenie, że zbliżam się do mojej publiczności, z czasem sprawy przybrały inny kierunek. Coraz więcej rozmów stawało się mozolną walką o bycie zrozumianym. Mimo wszystko, balans pozytywów znacznie przewyższał ilość negatywów.

Pierwszy, wielki błąd


W 2012 roku wypuściłam dwa filmy, które przypieczętowały wzrost mojego kanału.

Pierwszy to "transformacja w żywą lalkę". W 2012 roku coraz więcej blogerek makijażowych było dostrzeganych przez publikę i w reakcji pojawiło się sporo krytyki makijażu jako takiego. Makijaż fe, makijaż zły, tapeta, szpachla, itd. Mój filmik był odpowiedzią na to i pokazywał ciężki, dziwaczny i teatralny makijaż. Była to też moja odpowiedz na post w ramach portalu Demotywatory.pl, który używał mojego zdjęcia z dopiskiem "Zamiast obrażać plastiki, chwal naturę". Nie, dziękuję za takie sztuczne stawianie mnie na wyimaginowanym piedestale naturalności, która z mojej perspektywy nie jest w żaden sposób "lepsza".

Doza kontrowersji w erze dyskusji na temat makijażu, przyciągnęła nie tylko fanów makijażu, ale też fanów krytykowania makijażu. Po tym filmiku, paradoksalnie, kanał zaczynał zyskiwać na widoczności poza swoją "urodową" niszą. Wtedy wydawało mi się to dobrym pomysłem, bo przyspieszyło wzrost kanału. Naiwnie wierzyłam, że jeśli przybywa mi widzów, znaczy, że to co tworzę, musi być dobre.

Drugi filmik, który ostatecznie stał się najczęściej oglądanym filmikiem na moim kanale (ponad 700 000 wyświetleń), to film o prostowaniu zębów wkładkami Invisalign. Ten filmik był swego rodzaju momentem zwrotnym dla mojej twórczości. Przyciągnął do kanału publikę niezainteresowaną fryzurami czy kremami BB. Kwestie uzębienia to temat, który cieszy się naprawdę ogromną popularnością.


Przybyło mi subskrypcji i nowych widzów. Każdy film urodowy, jaki wypuszczałam, nie prowadził już jednak do konwersacji - był powoli zalewany prośbami o więcej filmów o Singapurze i emigracji. Praktycznie 40% wszelkich pytań, jakie dostawałam, było o sprawy emigracyjne (reszta była rozbita pomiędzy różne tematy). Im więcej odpowiadałam na pytania o wyjazd i życie w Singapurze, tym bardziej naturalnie kanał zaczął więc skręcać w stronę tej tematyki. I to był błąd.

2013 - przejście w stronę bloga o emigracji i życiu na emigracji

 

W 2013 roku wypuściłam serię wysoce wypraszanych vlogów oraz całą serię filmików w temacie emigracji. Co może nie było widoczne dla mojej widowni to to, jak kiepsko owe vlogi radziły sobie jako filmy. Vlogi z "życia w Singapurze" mają śmiesznie niskie współczynniki oglądalności (procent widowni, który wyłączał filmik po określonym czasie) - mało kto jest w stanie strawić więcej jak 30 sekund patrzenia na obce mu miasto czy nieznane potrawy. Konwersacje właściwie wymarły pod tymi filmikami i było dla mnie bardzo odczuwalne, jak nieatrakcyjny jest naprawdę tego typu materiał. Każdy chętnie chwali takie tematy, ale mało kto ma ochotę je konsumować.

Filmy bardziej informacyjne też nie zadowalały, zwłaszcza części publiki, która w dużej mierze, pod przykrywką zainteresowania podróżniczego, szukała recepty na gwarantowaną pracę. Jakąkolwiek pracę. I mimo wszelkich ograniczeń formalnych, dla zdesperowanych i zmęczonych bezrobociem w Polsce, wizja wyjazdu do kraju, gdzie ktoś inny "osiągnął sukces" wydawała się bardziej prawdopodobnym scenariuszem, niż znalezienie czegoś we własnym kraju. Im więcej próbowałam rozwiać tą iluzję, tym więcej przyciągałam osób, które nie chciały tego słyszeć.


O pracę jest wszędzie trudno; a jeśli jest się obcokrajowcem, jest jeszcze trudniej. Tyle osób desperacko chciałoby usłyszeć, że wystarczy skończyć takie i takie studia, i można spakować walizkę, i zacząć pracę w innym kraju, zostawiając za sobą szarzyznę ojczyzny i wyzwania na trudnym rynku pracy... Niestety, to nie tak działa.

Pierwsza połowa 2013 upłynęła więc w dziwnym impasie, gdzie nikt nie był do końca usatysfakcjonowany. Szukający "recepty na sukces" byli rozżaleni, inni nie do końca nie wchodził w interakcje z tym, co tworzyłam, zaś moja oryginalna grupa widzów, która dołączyła do mnie ze względu na zainteresowanie fryzurami i ciekawymi kosmetykami, dostawała w swoim feed'zie YTowym filmy z całkiem innej dziedziny. Choć kanał zyskiwał subskrypcje, mój kontakt z widzami tracił na jakości.

Zmiana kierunku: więcej sensacji i rozrywki

 

Dopadała mnie swego rodzaju frustracja. Ciągnęłam temat emigracji, bo wydawało mi się, że kogoś to uszczęśliwi i patrząc po komentarzach, i zalewających mnie mailach w tym temacie, można było dojść do takiego wniosku. Ale obie strony były nieusatysfakcjonowane. Brakowało mi czegoś, co przywróciłoby ten element oryginalnej fascynacji, która napędzała wcześniejsze lata mojej aktywności. Zaczęły się więc filmiki o PopinCookin', dziwnych produktach urodowych, drobnych DIY (wianki, czapka), filmy o ubiorze...


Koło października 2013 jednak coś się złamało pomiędzy mną i widownią. Kanał obrastał w siłę, przyciągając osoby o różnych zainteresowaniach - fryzury, makijaże, emigracja, podróże, prostowanie zębów, DIY... Obojętnie jaki filmik wgrałam, nie wywoływał on konwersacji, tylko litanię życzeń, bym nagrała filmik o czymś innym. Nie było już tej radości, błahości i lekkoduszności między nami... Niczym dwoje znajomych, którzy zamknięci razem w pokoju, wyczerpali ilość tematów do rozmów i sfrustrowani ciągle liczą, że z następnym zdaniem jakie wymienią, pojawi się coś ciekawego...

Pierwsza przerwa i restart 2014

 

Od października 2013 do stycznia 2014 po raz pierwszy na kanale zapanowała pustka. Bardzo pochłaniało mnie pisanie serii "100 sekretów" oraz zajęci byliśmy przeprowadzką do bardziej centralnej dzielnicy, co częściowo przyczyniło się do braku czasu na tworzenie treści na kanał YT. Choć ostatecznie przez serię "100 sekretów" w całości przedarła się jedynie mała grupa czytelników, pisanie jej było dla mnie bardzo satysfakcjonujące. Choć kanał YT stracił już na tamtą chwilę swój urodowy charakter, moje zainteresowanie tematem pielęgnacji wzrastało. Im więcej wiem o kosmetykach, składnikach i teorii pielęgnacji, tym bardziej temat mnie fascynuje.

W styczniu 2014 powróciłam do nagrywania, ale postawiłam na tematy kosmetyczne. Po raz pierwszy odważyłam się robić makijaże przeznaczone do noszenia na co dzień, mimo, że sama mam ogromne zastrzeżenia co do moich zdolności jako makijażysta. Ale kreatywne wyzwanie, jakim było interpretowanie trendów makijażowych, sprawiało mi sporo frajdy. Przedstawiałam też intrygujące mnie gadżety do pielęgnacji i przyznam, że te miesiące twórczości wspominam dość dobrze. Miałam wrażenie, że udaje mi się znaleźć ponownie tą magię kontaktu z innymi, którzy dobrze bawili się śledząc moje poczynania.

Drugi, wielki błąd...

 

Zanim przejdę dalej, by opisać co się stało w lutym 2014, musimy się cofnąć kilka miesięcy. Rok 2013 roku był też przełomowy dla mnie pod kątem personalnym. Po zmianach pracy i sporej dozie przemyśleń na temat tego, co właściwie chcę robić w życiu i czy kariera w korporacji naprawdę wynagradza poświęcenia, których wymaga, udało mi się podjąć nową ścieżkę karierową. Może... doszłam do wniosku, że nie mam jednak ochoty umierać za czyjąś firmę. Zmieniliśmy też mieszkanie na dużo przyjaźniej ulokowane, co znacznie zredukowało ilość czasu, jaką dziennie spędzałam w podróży.

Te pozytywne zmiany odbiły się na moim życiu. Mniej czasu spędzałam w pociągach i autobusach, więc i więcej czasu miałam dla siebie. Zaczęłam codziennie spacerować, zmieniłam sporo nawyków, zrezygnowałam z siłowni i ćwiczeń, "zdrowego odżywiania" oraz poczyniłam pierwsze kroki w kierunku diety roślinnej.

Ciężar poprzednich, trudnych lat zaczął spadać z moich ramion, jak i .. tyłka ;).  Choć moja waga waha się i co roku albo tyję, albo chudnę, ta zmiana wydawała mi się jakaś.. inna. Zgubiłam parę kilko w czasie, kiedy życie zaczęło się układać i wiele innych, dobrych rzeczy działo się dookoła. Wśród filmików o gąbkach do twarzy i klipsach na nos, wypuściłam drugie wideo, które uznaję, za jeden gigantyczny błąd.

Filmik o prostowaniu zębów przyciągnął do mojego kanału osoby nie podzielające moich zainteresowań - na kanale zrobił się szum komunikacyjny, z którego nie wynikło nic dobrego. Jednak filmik o odchudzaniu, był prawdziwy gwoździem w trumnie.

Odchudzanie to bardzo, bardzo, bardzo mroczny temat. O ile z zębami większość osób bez problemu przyzna, że nie miałoby nic przeciw posiadaniu prostych i białych, o tyle z odchudzaniem mamy o wiele bardziej zawiłą i bardzo ponurą relację. Temat tracenia wagi fascynuje nas i przeraża, pociąga i odraża za razem.



Najgorsze było jednak dostać informację zwrotną, że w pewnym sensie, nie tyle chudość jest oczekiwana, co pewna dyscyplina. Nie ważna waga i jak wyglądasz, ale ważne, że "o siebie dbasz". Musisz mieć jakieś zasady, musisz sobie czegoś odmawiać, musisz się kontrolować

Mój film o chudnięciu bez wyrzeczeń i motywacji był najwyższej rangi bluźnierstwem. Był zaprzeczeniem tego, czego oczekujemy od kobiet: umiejętności samokontroli. Wagę traktujemy w odniesieniu do kobiet, jako wyznacznik, ile kontroli ma ona nad sobą i swoim życiem. Ćwiczenia, zasady, rutyny - ciągłe gadki o motywacji, wszędobylskie hasełka motywacyjne, kult "dbania o siebie" i wyrzeczeń, to coś naturalnego i bezrefleksyjnie akceptowanego. Skoro nie praktykuję samokontroli, tylko sięgam po to ciastko, kiedy mam ochotę, to kim jestem jako kobieta? Czy pozwalam sobie tak ze.... wszystkim? (pozostawię niedopowiedziane, co kryje się pod "wszystkim")

Ten filmik zaczął gromadzić wokół mnie negatywną energię, na którą nie byłam przygotowana. Choć w filmiku wprost mówiłam, że nie poświęcam sprawom jedzenia i ćwiczeń zbyt dużo uwagi, dostawałam maile z pytaniami, o najdrobniejsze szczegóły mojego życia - "co jeśli nie jesteś głodna w porze posiłku?". Chyba oczywiste, że nikt nie będzie jadł na siłę... okazało się jednak (ku mojemu przerażeniu), że dla wielu osób, to nie jest takie oczywiste. To tylko jeden z wielu przykładów tego, z czym przyszło mi się zmagać po publikacji tego filmiku...

Lata twórczości, sensacji i nieporozumień, zaczęły się kumulować wokół mnie i mojej twórczości. Ten kontakt i radość, które towarzyszyły mi przez lata tworzenia, zaczęły być wypychane przez różne żale i obustronne rozczarowanie. Coś przestało działać. Wtedy jeszcze nie widziałam co...

Do trzech razy sztuka....


W kwietniu 2015 wybrałam się na wakacje z rodziną. Pojechaliśmy na wyspę, gdzie 3 lata wcześniej ja i Sławek, we dwoje, świętowaliśmy początek zmian na lepsze w naszym życiu. Efektem tych transformacji była opisywana przeze mnie powyżej utrata wagi i pozytywny rok 2013. Gdy byłam na tej wyspie po raz pierwszy w 2012 roku, pamiętam, że czułam się jak pączek. Mimo regularnych ćwiczeń i bardzo "zdrowej" diety, miałam wrażenie, że jestem zapuchnięta, ociężała...

2013 był pierwszym krokiem w stronę diety roślinnej, ale w sierpniu 2014 przestawiłam się kompletnie na wegetarianizm z okazjonalnymi owocami morza (krewetki i te sprawy). Mimo, że przestałam chodzić na siłownię i ćwiczyć, po raz pierwszy czułam się sprawna i moje ciało wyglądało atletycznie. Choć moja waga była może nawet ciut wyższa, niż z czasów mojego pierwszego filmiku o odchudzaniu, wyglądałam bardzo szczupło, tak jakby ktoś spuścił nadmiar wody spod mojej skóry.

Nie wiem co mnie podkusiło, aby opublikować zdjęcie porównujące jak wyglądałam w 2012 i wtedy. Może odrobina próżności? Może widziałam w tych zdjęciach inną transformację - z osoby, która zarzynała innych w korporacji (wybacz K, nie było innego wyjścia, strasznie mi zawadzałeś ;p), do osoby, która znalazła szczęście na swoich własnych warunkach. Wraz z tamtym ciałem, zostawiłam za sobą życie, w którym chciałam robić wszystko idealnie - chciałam awansów w pracy, ciała z siłowni, zdrowej diety pełnej brązowego ryżu, chudej piersi kurczaka i kupy zieleniny. W 2015 wiele rzeczy się dla mnie zmieniło, znalazłam swój głos i swoją drogę. Nie ważne było jak wyglądam, ważne było, że po raz pierwszy czułam się zdrowo. Nawet jeśli doszłam do tego zdrowia bardzo niekonwencjonalną ścieżką.

Jednak zdjęcie zostało odebrane jako kolejne bluźnierstwo. Może i moje ciało opowiadało pewną historię, jednak nie była to atrakcyjna historia. Moja widownia tak głęboko przeżywała jak wyglądam, że jakoś z tego "przeżywania" czułam się... usunięta. Nie ważne było, co ja mam do powiedzenia, czy co prezentuję, z czego jestem zadowolona. Nagle moje ciało stanęło w środku uwagi. Stałam się rzeczą. Obiektem intensywnego przeżywania. Ja i moje przyjaciółki, moje wirtualne siostry, moje internetowe znajome, które przez lata były ze mną, dorastały ze mną, walczyły u mojego boku, które wspierały mnie w trudnych chwilach, rozbawiały, gdy było mi smutno, uczyły się na moich błędach i zapraszały mnie do swojego życia... rozpadłyśmy się na dwa światy.

Załamanie...


Ostatni filmik wgrałam w 2014 roku i jakoś nie umiałam powrócić do nagrywania. Najpierw emocjonalny ciężar po opublikowaniu filmiku o moich starciach z systemem opieki medycznej w Polsce coś przeważył, a potem wspomniana afera ze zdjęciem z wakacji przypieczętowała sprawę... Obojętnie co chciałam nagrać, co chciałam przekazać, miałam wrażenie, że nikt nie jest tym zainteresowany. Czułam, że cała uwaga nagle przesunęła się na mnie. Kim jestem? Czy jestem autystyczną anorektyczką? Oportunistką, która dorobiła się kariery na barkach swego męża? Kłamczuchą, która oszukuje publiczność?

A może po prostu zwykłą, nudną dziewczyną z małego miasta, której los sprezentował więcej, niż innym? Może nie ma we mnie nic aż tak fascynującego czy szczególnego, bym mogła kogoś nauczyć tego, jak "odnieść sukces". Może moje hobby są powierzchowne i mało ambitne, może moje życie o wiele zbyt nudne, by stało się treścią vlogów. Mój gust mało wyrafinowany.

Nie trzeba mi tego tłumaczyć. Doskonale zdaję sprawę ze swojej "zwykłości" i nie mam wątpliwości, że wiele z tego, co mi się w życiu "udało", jest kwestią zbiegów okoliczności. Jedyne, co mogę sobie przyznać jako atut to to, że  kiedy trafiają się okazje.. chwytam się ich. Nie stoję w kącie i czekam, aż los mnie mianuje. Podejmuję ryzykowne decyzje i często płacę za nie cenę.

Gdy jesteście twórcą na YT, stajecie przed dziwnym wyzwaniem: widownia domaga się i pragnie autentyczności. Ale jeśli nie spełniacie oczekiwanego standardu: nie pocicie się na dywanie z Ewą Ch., nie czytacie Murakamiego i nie porcjujecie starannie czekolady, robiąc zdjęcia na insta zielonego koktajlu, nie zachodzicie w ciążę... oj, wtedy wasza "autentyczność" będzie ciągle kwestionowana, rozwiercana na części, przekręcana.

Ja pozwoliłam poznać się właśnie jako osoba, którą jestem. A nie jestem nikim szczególnym i mam wrażenie, że z czasem, bardzo rozczarowało to wielu z moich widzów.

W moich starych filmikach widziałam coraz wyraźniej wszystkie błędy, zwichnięcia i negatywną energię, którą z czasem one skumulowały.  Nie byłam zadowolona ani z tego, co reprezentowały, ani gdzie mnie zaprowadziły. Drażniła mnie sama ich egzystencja, więc je usunęłam, licząc, że choć trochę złagodzi to ból utraty czegoś, co było dla mnie tak ważne...

2016 i "CUKIER"

 

Mimo tych trudności, jedno się nie zmienia: dalej cienię sobie kontakt z moimi widzami. Z perspektywy czasu, moje błędy w rozwijaniu kanału YT stały się dla mnie bardziej widoczne. Każdy, kto tworzy na YT, blogach czy w innej formie, chce nawiązać kontakt z jak największą ilością osób, które współdzielą zainteresowania i pasje, z którymi mogą się wymienić czymś interesującym. Jednak rozwijając mój internetowy kącik, zbyt często sięgałam po tematy, które przyciągały widownie, z która niewiele mnie łączyło.

Wiele hobby, które przedstawiałam, mnie samą przestało interesować na przestrzeni lat. Kiedyś bawił mnie każdy dziwny gadżet do pielęgnacji, a teraz wolę się wczytywać w prace naukowe na temat składników kosmetycznych. Kto wie, jak będzie to wyglądać za rok...

Mimo wszystko, brakowało mi tego kontaktu między nami, magii tworzenia i dzielenia się swoimi pomysłami. W marcu założyłam więc nowy kanał, licząc, że jeśli trafią tam tylko osoby zainteresowane mną, nie dietami czy emigracją, uda się odtworzyć klimat pozytywnej komunikacji.

Porażka

Zanim otworzyłam kanał "Cukier" w marcu 2016, postanowiłam zapisać się do akcji Hair For Hope. To organizowana co roku w Singapurze akcja charytatywna, gdzie tysiące ochotników goli głowy na scenie - takie szokujące "show" przyciąga uwagę mediów i publiki, więc i sponsorzy chętnie się przyłączają. Zbiera się pieniądze, organizuje rożne akcje związane z promocją wiedzy na temat raka u dzieci i działalności fundacji.

Szczerze mówiąc, nie myślałam zbyt wiele na temat samej akcji, gdy się zapisywałam. Przez lata wiedziałam o niej i pewnego razu doszłam po prostu do wniosku, że mogę zrobić coś więcej, niż tylko dać pieniężny datek. Mam luźną relację z moimi włosami (do stopnia, że latami nie chodzę do fryzjera) i wydawało mi się, że warto je "poświęcić" w takiej akcji, ponieważ wiem, że włosy są u kobiet uważane za "cenne". Więc jeśli ja mogę się z nimi rozstać relatywnie bez problemu, a przyczyni się to do czegoś dobrego, to czemu by nie spróbować?

Gdy termin golenia się zbliżał, zaczęło do mnie docierać, jak ciężko będzie połączyć chęć wzięcia udziału w akcji wraz z działalnością na nowym kanale. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale bałam się, że po akcji zostanę zalana linkami do zbiórek na każdą hipotetyczną Kasię i Tomeczka z rakiem, bo skoro pomagam dzieciom na raka w Singapurze, to czemu nie tym z Polski? Nie raz dostawałam linki do taki zbiórek i zawsze odmawiałam promowania ich - bo jeśli zgodzę się na jeden, to nie fair byłoby odmówić wszystkim innym. By być uczciwym, musiałabym zamienić wszystkie moje media społecznościowe w jedną wielka tablicę ogłoszeń charytatywnych.

Jednak wszystko potoczyło się w kierunku, którego nie przewidziałam. Choć widzowie ogólnie dobrze odebrali akcję, filmik został zalany pytaniami o peruki. Od 8 lat nie mieszkam w Polsce i nie zdawałam sobie sprawy, że w ojczyźnie pomaganie osobom chorym na raka widzi się głównie (jeśli nie jedynie?) przez pryzmat peruk. Było (i jest) to dla mnie podejściem dziwnym i trudnym do zaakceptowania, bo rak to nie to samo co alopecja. Nie każdy traci włosy w ramach procesu leczenia, nie każdy automatycznie potrzebuje, czy chce uzyskać od innych perukę. Bardzo bolało mnie, gdy akcja w której brałam udział, była oceniana, jako "bezsensowna", tylko dlatego, że zamiast na perukach, skupiała się na zbieraniu funduszy. Jak tonący brzytwy, chwyciłam się linii obrony, że nie każdy chory na raka chce mieć perukę i nie ma w tym nic nienormalnego. Widownia odebrała to jako zobowiązanie, że teraz stanę się "ambasadorem łysej głowy" - tak mnie dosłownie mianowała jedna z widzek. Mimo, że w filmiku podkreślałam, że nie mam zamiaru podporządkowywać mojego życia czy twórczości konkretnej akcji, zostałam nagle "mianowana" do takowych działań.

Po raz kolejny przestałam być osobą, a stałam się "czymś" - ogoloną głową tym razem. Moja widownia chciała sobie na nią popatrzeć, poprzerywać patos (bathos w tym wypadku?) "promowania łysej głowy", postawić moje wygolone włosy na wyimaginowanym piedestale i poczuć się, że poprzez oglądanie moich filmów pomagają jakoś osobom po chemioterapi. Problem w tym, że nie ma czegoś takiego, jak "promowanie łysej głowy" i wystarczy się chwilę zastanwoić, by bez problemy zrozumieć czemu. Dookoła nas nie brakuje osób bez włosów - byle wyłysiały dziadek na ulicy nie jest "ambasadorem łysej głowy", wspierającym dzieci po chemioterapii. Tak samo jak każdy skinhead, Mathew Santoro czy inna osoba (erm, pamiętacie jak Britney ogoliła sobie głowę?), która z jakiś powodów ma ogoloną lub łysą głowę nie ułatwia życia osobom po chemioterapii.

Tyle osób pisze o scenariuszach, gdzie było świadkami okrucieństwa społeczeństwa wobec osób bez włosów. Przepraszam bardzo, ale co robił ów świadek? Stał z boku jak owca? Trzeba było ochrzanić napastników, nie czekać, aż jakaś Basia na YouTubie zbawi świat :|.

Po tylu lekcjach, które nauczył mnie YT, jak to możliwe, że po raz kolejny zastawiłam na siebie pułapkę? Nie wiem. Nie wiem, na co liczyłam.

Co dalej?


Szczerze mówiąc, czuję się zagubiona. Jak iść dalej, po tylu błędach i porażkach? Jak tworzyć, gdy każdy temat wydaje mi się potencjalną miną bombową. Podzielić się strojem? Co jeśli skończy się analizowaniem mojej wagi? Pokazać swój dzień? Nie chcę zdradzić przez przypadek gdzie pracuję i znowu dostawać pogróżki, co to moi współpracownicy dostaną w mailu na mój temat, czy tłumaczyć się przed znajomymi, dlaczego osoby z Polski próbują dodawać ich jako znajomych na Facebooku. Opowiedzieć o czymś? I znowu znosić kanapowe psychoanalizy internetowych specjalistów, gotowych wypatrzeć u mnie przekrój schorzeń psychologicznych, tylko dlatego, że nie kreuję różowej wizji idealnego życia? Pokazać się z krótkimi włosami i patrzeć, jak widownia zakręca się w spiralę nielogicznego myślenia, że ogolona głowa coś lub kogoś "uzdrowi"?

Brakuje mi tego kontaktu, który miałyśmy (mieliśmy) - kontaktu nie najeżonego czyhaniem na okazję, by walnąć "bo Ty jesteś taka..." i wylewania żalów; kontaktu, który nie napawa mnie snuciem najczarniejszych scenariuszy. Mój własny lęk przed kolejną burzą internetową powstrzymuje mnie przed tworzeniem w sposób otwarty i szczery, ale bez tego nie mogę liczyć na otwartość i szczerość widowni.

Chcę by kanał "Azjatycki Cukier" wrócił do swoich korzeni - przedstawiania moich urodowych fascynacji, które teraz objawiają się głównie analizowaniem składników przez pryzmat badań klinicznych i rozpracowywania ich mechaniki. Jeśli chodzi o same filmiki, muszą one jednak trochę poczekać, bo nie mam wątpliwości, że moja obecna sytuacja włosowa przyćmiłaby cokolwiek, co chciałabym powiedzieć.

Jestem też bardzo podekscytowana faktem, że moje czytelniczki dobrze oceniają długie wpisy tutaj na blogu - niby żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być krótkie i zwięzłe, a jednak widać, że jak ktoś jest zainteresowanych tematem, potrafi docenić głębszą jego eksplorację. Mam w planach wiele wpisów, które będą bardzo szczegółowe i mam nadzieję, że się Wam spodobają :).

Ale sprawa tworzenia nieurodowych treści pozostaje otwarta. Obiecałam sobie, że do listopada chcę to wszystko przemyśleć. Nie chcę, by CUKIER był pełen klipów o niczym, bo brak mi odwagi przedstawić cokolwiek. Chciałam się podzielić tą historią tutaj, bo chciałam móc spojrzeć na te wydarzenia i umieć wyciągnąć z nich wnioski. Nie ukrywam, że liczę na Wasz odzew i uwagi.

Może z Waszą pomocą uda mi się to jakoś wymyślić.

PS. Dziękuję wszystkim za komentarze, ale chciałabym zwrócić uwagę, że w mojej narracji jest bardzo mało odniesień do negatywnych komentarzy kierowanych do mnie - głównym problemem jest jak negatywność małej części widowni, wpływa na innych widzów i ich kontakt ze mną. Osoby o neutralnym i pozytywnym nastawieniu bardzo łatwo bywają wciągnięte w dramat, którego są początkowo jedynie świadkami. Dla mnie głównym problemem jest nieradzenie sobie z faktem, że często moja własna twórczość i wynikający z niej kontakt, schodzą na drugi plan, gdy górę biorą emocje, sensacja i próba walki o bycie zrozumianym. Jak twórca mam ten przywilej, że dostaję mnóstwo wsparcia, jak i narzędzi, do radzenia sobie z atakami kierowanymi bezpośrednio na mnie. Ale mało kto nawet chce zauważyć, że cała widownia (jak długo wchodzi w interakcje wykraczające poza jedynie oglądanie czy czytanie) doświadcza negatywności i jej konsekwencji. Jak to mawiał Nietzsche: "Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie."

Wierzę, że problem byłby mniejszy, gdybym nie rozrastała kanału poruszając tak szeroki wachlarz tematów, przyciągając widzów, którzy potem nie byli zainteresowani połową moich tworów. Takie środowisko idealnie kusi, by dać się wciągnąć w bardziej ponure dyskusje, lub szukać sposobu na urozmaicenie sobie nudnego materiału jakąś sensacją. Fakt, że ja sama często tworzyłam treści, bardziej z myślą o uszczęśliwieniu kogoś (niż mnie samej), nie pomagał.


P.S. Jeśli ktoś przeczytał całość, to gratuluję... ponad 4700 słów xD To jak 10% książki...

Przedstawiane tutaj treści mają jedynie charakter informacyjny. Autor nie ponosi odpowiedzialności za działania czytelników, ani żadne konsekwencje wynikłe z zastosowania podanych tu pomysłów oraz technik. W razie wątpliwości skontaktuj się ze specjalistą.